Wybrałyśmy się z mamą na zakupy do najbardziej
znanego centrum handlowego w okolicy zapyziałej dziury, w której mieszkałyśmy.
Zjeżdżały się tutaj setki ludzi z okolic, gdyż było to jedyne miejsce na
zrobienie jakichś sensownych zakupów czy pójście ze znajomymi do kina.
Otworzyli nowy sklep. Ten z typu „jedna rzecz z
danego kroju”. Zazwyczaj denerwują mnie takie butiki, ale miałam na tyle
okropny dzień, że chciałam kupić cokolwiek. Kupuję tylko wtedy, kiedy jestem
zła, aby za wszelką cenę (dosłownie – każdą) odkupić sobie uśmiech. Wiedziała
to mama, więc zaproponowała pomoc, jaką głównie był jej portfel, bo nasze gusta
różniły się diametralnie. Sklep wydawał się tysiąc razy bardziej ekskluzywny od
innych – nie było cen. Nie jestem niestety gwiazdą filmową, która na zakupy
puszcza się własnym odrzutowcem do Monaco, więc zazwyczaj po prostu wychodzę.
Tym
razem było inaczej – ekspedientka uśmiechnęła się, zapraszając nas tym gestem
do środka. Sklep był w kształcie koła i to, jak myślę o tym teraz, zdziwiło
mnie najmocniej, gdyż, jak wiadomo, centra o jeszcze nieco komunistycznym
kształcie są trywialnymi prostokątami o dwóch, trzech piętrach. Ubrania
porozwieszane były dookoła kolorami na owalnej, metalowej żerdzi. Automatycznie
skierowałam się w stronę szarości, bieli i barwy ecru.
Spodobała
mi się jedna bluzka, zwyczajna na ramiączkach, haftowana na biuście, lecąca na
dole. Jedna z tych, w których wyglądamy i czujemy się purchawkami, ale
gładziutki materiał sprawia, że jednocześnie wyjątkowo. Mamusi niestety nie
spodobała się na tyle, więc… ukradła mi ją i przewiesiła. Dziesięć minut
szukałam, zdenerwowana bardziej niż poprzednio, a mama i ekspedientka
uśmiechały się dziwnie, nieswojo, z garstką ironii. Zdenerwowałam się jeszcze
bardziej, „znajdę coś ładniejszego”, pomyślałam i już chciałam wyjść, kiedy
babka zza lady złapała mnie za ramię i rzuciła: „szukaj, a kiedy znajdziesz,
sprzedam ci o wiele taniej”. Cóż za dziwna promocja, ale zachęcona owymi
słowami, rzuciłam się na materiały.
Działałam
i czułam jak nie-ja. Energicznie przesuwałam tkaninami w tę i z powrotem, bo
chociaż barwy w innych miejscach były różne, biały materiał jakby zlał się z
resztą ubrań. Albo jeszcze inaczej – to jakby moje oczy z ludzkimi
umiejętnościami przekształciły się na psie i widziałam biało-czarny sklep.
Zobaczyłam ją w końcu – i przesuwając ubrania w owym miejscu, znalazłam za nimi
przejście. „Pewnie przebieralnia” – słowa przepłynęły przez mój umysł, więc
zawołałam mamę i skierowałyśmy się w stronę szerokiego i nienaturalnie
wysokiego korytarza, który cały pochłonięty był przez idealnej czerwieni
kamienie i wnosił się wysoko, wysoko ponad góry. Szłyśmy jakiś czas bez wymiany
słowa, aż po prawej stronie stawały kolejno duże, białe drzwi. Pierwsze,
drugie, dziesiąte – wszystkie nieoznaczone, identyczne. Bluzka zniknęła z moich
rąk, zapewnie upuszczona w amoku.
Złapałam
mamę za rękę i otworzyłam pierwsze lepsze drzwi – w środku były pokoje. Równie
długie i równie białe, w środku miały może ze trzy, cztery łóżka, szafę,
stoliczek. I tak w kolejnym i jeszcze kolejnym… Pytająco spoglądałam na mamę, a
ona odwzajemniała spojrzenie karmelowymi oczami. W pomieszczeniu siódmym zobaczyłam znajomą twarz.
- Cześć
– rzucił mój znajomy ze szkoły, który podobał mi się może rok temu. Później
zaginął, odnalazł się w stanie śpiączki po wypadku samochodowym. Do teraz. Zastanawiałam
się, co robi w tym miejscu, w tym dniu, w tej jakby sennej marze.
- Nie
wiedziałam, że się obudziłeś.
- W tym
rzecz. Nie obudziłem – o wiele wyższy ode mnie młody mężczyzna przeczesał
przydługie blond włosy ręką, uśmiechając się z nutką arogancji i jednocześnie
zmieszania. – Chodźcie, oprowadzę was – dorzucił i intuicyjnie poczułam, że
przedstawianie mu swojej mamy jest zbędne.
- Gdzie
jesteśmy? – spytałam, a on milczał długo i długo… Za długo. Musiałam się
domyślić, ale w tym rzecz tkwiła, iż nie chciałam. Pragnęłam jedynie wiedzieć,
co jest dalej i dalej, a nie, co dzieje się za mną oraz miejscem, z którego przyszłam.
Chciałam jedynie poprawić sobie humor, ale właśnie tak miało być – jakiś głosik
podpowiadał mi, zachęcał, mówił: „idź. Po prostu idź”. Więc szłam, a mając przy
sobie mamę, czułam się bezpiecznie.
- Gdzie chcesz – odpowiedział, kiedy już zapomniałam
o treści zadanego pytania. Chciałam być nad jeziorem. Takim jeziorem, gdzie nie
ma żadnych ludzi, nad czystą tonią, w której pływają jedynie ryby i unoszą się
trawy. Takim bez plaż, bez ludzi, bez niebezpieczeństw. Nad takim, nad którym
wznosi się błękitne niebo i raniące oczy swą światłością słońce.
- Wsiadaj, Koleżanko – rzekł mój kolega i, nie
czekając na mój ruch, złapał mnie w biodrach, sadzając w wagoniku. Znikąd pod
naszymi stopami wyrosły tory dla owego malutkiego, czteroosobowego wagonika. –
Zapraszam, pani Mamo – podał rękę mojej rodzicielce, która uśmiechnęła się
tylko. Wiedziałam, że nienawidzi takich atrakcji, a w normalnych pewnie
okolicznościach, jazda byłaby ostatnią rzeczą, a jaką wyraziłaby zgodę.
Najwyraźniej zniknęły wszystkie lęki, wyparte przez nieznaną mi siłę.
Leśna brama – leśna, bo być może kiedyś była
metalowa, ale teraz pochłonięta w całości przez bluszcz, więc postanowiliśmy
tak ją nazwać – otworzyła się samoistnie przed wagonikiem. Wypłynęliśmy na
świeże powietrze, w którego mieszance dało się odczytać przeróżne dźwięki,
zapachy, nawet smaki. Trawę, toń jeziora, słodki zapach świata. Wysokie rośliny
piętrzyły się pod torami – głownie pałki wodne. Przez chwilę poczułam się jak
na Mazurach, ale przyjemniejszych, czystszych, bez denerwujących owadów, ton
żywej masy ludzi. Rozglądałam się zafascynowana, trzymając się z moim
nowym-starym Kolegą za ręce, Bóg jeden wie od kiedy. Mama zniknęła, także nie
wiem kiedy, lecz nie przejmowałam się tym – to było na porządku dziennym
jedynie po drugiej stronie lustra.
Spędziliśmy ze sobą kilka dni i nocy, nie wiem, ile
dokładnie – nie mieliśmy kalendarza, nie jedliśmy. Tylko i wyłącznie
rozmawialiśmy, czasami kładł się na moich kolanach i mówił o tym, co było
nieważne kiedyś – filozofii, literaturze. Miło było chociaż przez chwilę
dzielić z kimś pasję, a ja chciałam, aby ta chwila trwała wiecznie. Chciałam
utonąć w jego oczach koloru lazurowej wody i kłócić się z nim o poglądy Junga
czy Schopenhauera do końca mojego życia. Był gentelmanem, takim, jakich to
widzi się w filmach z lat 20. Zważał na każde moje słowo, na każde spojrzenie,
nigdy nie przeklinał i nie denerwował się.
I kiedy pewnego razu poczułam gniew i obawę, kiedy
pływaliśmy w jeziorze, dotarło do mnie, że dzieje się coś złego. Gniew o to, że
nie poznaliśmy się wcześniej i obawę, która oscylowała wokół pytania: „co się
dzieje?”. I znikałam. Powoli, kawałek po kawałku. Ja chciałam mówić o Tamtym
Świecie, on nie. Przestaliśmy rozmawiać całkowicie. Prócz tego pojawił się ból
i świadomość – taka, jaką Adam i Ewa nabyli po ugryzieniu jabłka. Świadomość
istnienia. Cierpienie stawało się coraz silniejsze, wydawało mi się, że zaraz
rozerwie mi płuca. Byłam głodna oddechu, którego nie potrafiłam nabrać. I
chociaż mój Kolega bardzo mocno trzymał mnie za rękę, tamtego dnia, tamtej
chwili po prostu odeszłam, chcąc-nie chcąc tego robić. Umarłam.
Obudziłam się w szpitalu. W głębi duszy wiedziałam,
co to oznacza, wiedziałam, czym były tamte złudzenia, dlaczego zniknęłam. Przez
kilka tygodni byłam w śpiączce, w świecie własnej wyobraźni. Moja dusza
dryfowała w stanie ataraksji, a teraz znowu jestem tylko człowiekiem. Obolałą,
wycieńczoną wersją, która tęskni za nierealną marą innego, lepszego świata.
Lecz to było nieważne, ta historia i tak pozostanie w moim sercu naznaczona
etykietką „prawdziwa”. Tymczasem musiałam zrobić coś jeszcze.
Odwiedziłam mojego Kolegę. Jego piękne, jeziorowe
oczy zasłonięte były powiekami, nieruszające się ciało skryte pod szpitalną
kołdrą. Złapałam go za rękę. Rok już egzystował w sennej nieświadomości, a jego
istnienie podtrzymywały aparaty, rurki, kroplówki. Rok. I rodzice postanowili,
że odłączą go od tego wszystkiego, jeżeli równy rok po wypadku się nie obudzi.