sobota, 4 lipca 2015

Jezioro




                Wybrałyśmy się z mamą na zakupy do najbardziej znanego centrum handlowego w okolicy zapyziałej dziury, w której mieszkałyśmy. Zjeżdżały się tutaj setki ludzi z okolic, gdyż było to jedyne miejsce na zrobienie jakichś sensownych zakupów czy pójście ze znajomymi do kina.
                Otworzyli nowy sklep. Ten z typu „jedna rzecz z danego kroju”. Zazwyczaj denerwują mnie takie butiki, ale miałam na tyle okropny dzień, że chciałam kupić cokolwiek. Kupuję tylko wtedy, kiedy jestem zła, aby za wszelką cenę (dosłownie – każdą) odkupić sobie uśmiech. Wiedziała to mama, więc zaproponowała pomoc, jaką głównie był jej portfel, bo nasze gusta różniły się diametralnie. Sklep wydawał się tysiąc razy bardziej ekskluzywny od innych – nie było cen. Nie jestem niestety gwiazdą filmową, która na zakupy puszcza się własnym odrzutowcem do Monaco, więc zazwyczaj po prostu wychodzę.
Tym razem było inaczej – ekspedientka uśmiechnęła się, zapraszając nas tym gestem do środka. Sklep był w kształcie koła i to, jak myślę o tym teraz, zdziwiło mnie najmocniej, gdyż, jak wiadomo, centra o jeszcze nieco komunistycznym kształcie są trywialnymi prostokątami o dwóch, trzech piętrach. Ubrania porozwieszane były dookoła kolorami na owalnej, metalowej żerdzi. Automatycznie skierowałam się w stronę szarości, bieli i barwy ecru.
Spodobała mi się jedna bluzka, zwyczajna na ramiączkach, haftowana na biuście, lecąca na dole. Jedna z tych, w których wyglądamy i czujemy się purchawkami, ale gładziutki materiał sprawia, że jednocześnie wyjątkowo. Mamusi niestety nie spodobała się na tyle, więc… ukradła mi ją i przewiesiła. Dziesięć minut szukałam, zdenerwowana bardziej niż poprzednio, a mama i ekspedientka uśmiechały się dziwnie, nieswojo, z garstką ironii. Zdenerwowałam się jeszcze bardziej, „znajdę coś ładniejszego”, pomyślałam i już chciałam wyjść, kiedy babka zza lady złapała mnie za ramię i rzuciła: „szukaj, a kiedy znajdziesz, sprzedam ci o wiele taniej”. Cóż za dziwna promocja, ale zachęcona owymi słowami, rzuciłam się na materiały.
Działałam i czułam jak nie-ja. Energicznie przesuwałam tkaninami w tę i z powrotem, bo chociaż barwy w innych miejscach były różne, biały materiał jakby zlał się z resztą ubrań. Albo jeszcze inaczej – to jakby moje oczy z ludzkimi umiejętnościami przekształciły się na psie i widziałam biało-czarny sklep. Zobaczyłam ją w końcu – i przesuwając ubrania w owym miejscu, znalazłam za nimi przejście. „Pewnie przebieralnia” – słowa przepłynęły przez mój umysł, więc zawołałam mamę i skierowałyśmy się w stronę szerokiego i nienaturalnie wysokiego korytarza, który cały pochłonięty był przez idealnej czerwieni kamienie i wnosił się wysoko, wysoko ponad góry. Szłyśmy jakiś czas bez wymiany słowa, aż po prawej stronie stawały kolejno duże, białe drzwi. Pierwsze, drugie, dziesiąte – wszystkie nieoznaczone, identyczne. Bluzka zniknęła z moich rąk, zapewnie upuszczona w amoku.
Złapałam mamę za rękę i otworzyłam pierwsze lepsze drzwi – w środku były pokoje. Równie długie i równie białe, w środku miały może ze trzy, cztery łóżka, szafę, stoliczek. I tak w kolejnym i jeszcze kolejnym… Pytająco spoglądałam na mamę, a ona odwzajemniała spojrzenie karmelowymi oczami. W pomieszczeniu siódmym zobaczyłam znajomą twarz.
- Cześć – rzucił mój znajomy ze szkoły, który podobał mi się może rok temu. Później zaginął, odnalazł się w stanie śpiączki po wypadku samochodowym. Do teraz. Zastanawiałam się, co robi w tym miejscu, w tym dniu, w tej jakby sennej marze.
- Nie wiedziałam, że się obudziłeś.
- W tym rzecz. Nie obudziłem – o wiele wyższy ode mnie młody mężczyzna przeczesał przydługie blond włosy ręką, uśmiechając się z nutką arogancji i jednocześnie zmieszania. – Chodźcie, oprowadzę was – dorzucił i intuicyjnie poczułam, że przedstawianie mu swojej mamy jest zbędne.
- Gdzie jesteśmy? – spytałam, a on milczał długo i długo… Za długo. Musiałam się domyślić, ale w tym rzecz tkwiła, iż nie chciałam. Pragnęłam jedynie wiedzieć, co jest dalej i dalej, a nie, co dzieje się za mną oraz miejscem, z którego przyszłam. Chciałam jedynie poprawić sobie humor, ale właśnie tak miało być – jakiś głosik podpowiadał mi, zachęcał, mówił: „idź. Po prostu idź”. Więc szłam, a mając przy sobie mamę, czułam się bezpiecznie.
                - Gdzie chcesz – odpowiedział, kiedy już zapomniałam o treści zadanego pytania. Chciałam być nad jeziorem. Takim jeziorem, gdzie nie ma żadnych ludzi, nad czystą tonią, w której pływają jedynie ryby i unoszą się trawy. Takim bez plaż, bez ludzi, bez niebezpieczeństw. Nad takim, nad którym wznosi się błękitne niebo i raniące oczy swą światłością słońce.
                - Wsiadaj, Koleżanko – rzekł mój kolega i, nie czekając na mój ruch, złapał mnie w biodrach, sadzając w wagoniku. Znikąd pod naszymi stopami wyrosły tory dla owego malutkiego, czteroosobowego wagonika. – Zapraszam, pani Mamo – podał rękę mojej rodzicielce, która uśmiechnęła się tylko. Wiedziałam, że nienawidzi takich atrakcji, a w normalnych pewnie okolicznościach, jazda byłaby ostatnią rzeczą, a jaką wyraziłaby zgodę. Najwyraźniej zniknęły wszystkie lęki, wyparte przez nieznaną mi siłę.
                Leśna brama – leśna, bo być może kiedyś była metalowa, ale teraz pochłonięta w całości przez bluszcz, więc postanowiliśmy tak ją nazwać – otworzyła się samoistnie przed wagonikiem. Wypłynęliśmy na świeże powietrze, w którego mieszance dało się odczytać przeróżne dźwięki, zapachy, nawet smaki. Trawę, toń jeziora, słodki zapach świata. Wysokie rośliny piętrzyły się pod torami – głownie pałki wodne. Przez chwilę poczułam się jak na Mazurach, ale przyjemniejszych, czystszych, bez denerwujących owadów, ton żywej masy ludzi. Rozglądałam się zafascynowana, trzymając się z moim nowym-starym Kolegą za ręce, Bóg jeden wie od kiedy. Mama zniknęła, także nie wiem kiedy, lecz nie przejmowałam się tym – to było na porządku dziennym jedynie po drugiej stronie lustra.
                Spędziliśmy ze sobą kilka dni i nocy, nie wiem, ile dokładnie – nie mieliśmy kalendarza, nie jedliśmy. Tylko i wyłącznie rozmawialiśmy, czasami kładł się na moich kolanach i mówił o tym, co było nieważne kiedyś – filozofii, literaturze. Miło było chociaż przez chwilę dzielić z kimś pasję, a ja chciałam, aby ta chwila trwała wiecznie. Chciałam utonąć w jego oczach koloru lazurowej wody i kłócić się z nim o poglądy Junga czy Schopenhauera do końca mojego życia. Był gentelmanem, takim, jakich to widzi się w filmach z lat 20. Zważał na każde moje słowo, na każde spojrzenie, nigdy nie przeklinał i nie denerwował się.
                I kiedy pewnego razu poczułam gniew i obawę, kiedy pływaliśmy w jeziorze, dotarło do mnie, że dzieje się coś złego. Gniew o to, że nie poznaliśmy się wcześniej i obawę, która oscylowała wokół pytania: „co się dzieje?”. I znikałam. Powoli, kawałek po kawałku. Ja chciałam mówić o Tamtym Świecie, on nie. Przestaliśmy rozmawiać całkowicie. Prócz tego pojawił się ból i świadomość – taka, jaką Adam i Ewa nabyli po ugryzieniu jabłka. Świadomość istnienia. Cierpienie stawało się coraz silniejsze, wydawało mi się, że zaraz rozerwie mi płuca. Byłam głodna oddechu, którego nie potrafiłam nabrać. I chociaż mój Kolega bardzo mocno trzymał mnie za rękę, tamtego dnia, tamtej chwili po prostu odeszłam, chcąc-nie chcąc tego robić. Umarłam.
                Obudziłam się w szpitalu. W głębi duszy wiedziałam, co to oznacza, wiedziałam, czym były tamte złudzenia, dlaczego zniknęłam. Przez kilka tygodni byłam w śpiączce, w świecie własnej wyobraźni. Moja dusza dryfowała w stanie ataraksji, a teraz znowu jestem tylko człowiekiem. Obolałą, wycieńczoną wersją, która tęskni za nierealną marą innego, lepszego świata. Lecz to było nieważne, ta historia i tak pozostanie w moim sercu naznaczona etykietką „prawdziwa”. Tymczasem musiałam zrobić coś jeszcze.

                Odwiedziłam mojego Kolegę. Jego piękne, jeziorowe oczy zasłonięte były powiekami, nieruszające się ciało skryte pod szpitalną kołdrą. Złapałam go za rękę. Rok już egzystował w sennej nieświadomości, a jego istnienie podtrzymywały aparaty, rurki, kroplówki. Rok. I rodzice postanowili, że odłączą go od tego wszystkiego, jeżeli równy rok po wypadku się nie obudzi.