czwartek, 18 czerwca 2015


Raidun –  zimowa baśń


Akcja dzieje się w Norwegii podczas najgorszej zimy, jaką dotychczas poznała historia. Takiej, kiedy to wodospady zamarzają w czasie lotu, a nosy nawet najbardziej zahartowanych ludzi nabierają sinoczarnej barwy i przestają nadawać się do użytku na poziomie mniejszym niż 800 metrów poniżej dzikiej linii mórz. Nic więc dziwnego w tym, że w owym dobiegającym już końca wieku XVI wszyscy mieszkańcy norweskich Gór Skandynawskich zaczęli prowadzić koczowniczy tryb życia, błądząc po nieznanych jak dotąd terenach, na których możliwa byłaby zwyczajna, spokojna egzystencja.
            Posuwając się coraz bardziej na południe, cieplejsze zaledwie o kilka dziesiątych stopnia, ostrożnie schodzili z górskich pasm. Trwało to jednak na tyle długo, iż większość dzieci do lat dziesięciu dawno poumierała, reszta ledwo oddychała, mając już płuca w połowie zamienione w lodowiec.
W podobnym stanie od kilku tygodni była Raidun, jedenastoletnia dziewczynka. Podczas gdy starsi gubili się w oczach, ona, jak mogło się wydawać, stała się o kilka kilogramów cięższa do niesienia na ramionach i tłumaczono, że tak właśnie dzieje się z powodu zamarzniętych wnętrzności. Raidun bała się i to nie bez powodu – norwescy wędrowcy, którzy wywodzili się od Normanów nie lubili niczego marnować – a w szczególności mięsa, kiedy już z tego właśnie mięsa wyleci dusza. Dziewczynka najbardziej na świecie bała się zjedzenia, dlatego ubzdurała sobie, że musi uciec od ludzkiego stada w poszukiwaniu Yggdrasil, zaczarowanego jesionu łączącego aż dziewięć światów. Wówczas mogłaby wybrać jeden do życia, najlepiej cieplutki, aby rozmroziły się jej płuca i potrafiłaby oddychać normalnie. Nie wiedziała jednak, jakie ma do wyboru – jedynie tyle, iż aktualnie bytuje w Midgard, krainie ludzi.
Tułaczka mieszkańców północy nie miała końca – nie mieli bowiem pojęcia, że kierują się coraz bardziej w stronę morza, a chociaż wywodzą się od Wikingów, nie potrafią zbudować łodzi. Tak więc trwała już dwanaście miesięcy, a Raidun i młodszy od niej brat Bjørn poszukiwali sposobu na ucieczkę. Dotarli do Sognefjorden, jednego z najdłuższych na świecie fiordów. Z głębin wód piętrzyły się niekończące się skały, jedna na drugiej, tworząc górskie pasma. I chociaż widoki były najpiękniejszym dziełem boskiego stworzenia, utrzymywały w przekonaniu o rychłej śmierci – pielgrzymi bowiem uświadomili sobie, iż nie zostało im nic innego, jak wyrazić aprobatę naturze i po prostu umrzeć. Jedni więc postanowili umierać, inni szukali schronienia w jaskiniach, wierząc w istnienie jeszcze jakichś zwierząt nadających się na do spożycia. I tak oto pozostało ich jedynie dziesięciu.
Pewnej nocy Raidun zbudził dziwny sen. Zobaczyła ślicznego małego elfa, który obiecał jej, że w zamian za duszę, zaprowadzi ją aż pod samą pochłoniętą szronem korę magicznego drzewa. Zgodziła się, pod warunkiem, iż Bjørn będzie mógł jej towarzyszyć, oczywiście także za cenę swego metafizycznego „ja”. Elf przystanął na propozycję błękitnookiej dziewczynki, wyraźnie z siebie zadowolony. Od kolejnego poranka aż do śmierci dwóch młodych towarzyszy marzeń, elf codziennie objawiał się tylko im w postaci małej niebieskiej gwiazdki kontrastującej z bielą wszechobecnego puchu.
Uciekli więc, kierując się fiordem z powrotem na zimniejszą północ. I chociaż zwyczajne dzieci umarłyby z tęsknoty i głody, Raidun, która – jak zapewnił ją elf – stała się wieszczką, przewidywała obecność tak zmęczonych zwierząt, że wystarczyło poczekać chwilę, aż padną same. Trudniej jednak było osuszać miejsce do rozpalenia ognia także zamarzniętymi kamieniami, więc dzieci nauczyły się jadać mięso surowe i nawet nie czuli się chorzy. Rodzice zaginęli pod lawiną śniegu koło miesiąca temu, a reszta dorosłych nawet nie zaprzątała sobie głowy zniknięciem młodych poszukiwaczy przygód.
Tak więc prowadzili tułaczy tryb życia, aż jednej z wielu tych samych nocy Raidun pod osłoną nieba przepełnionego blaskiem polarnych zorzy miała kolejny proroczy sen. Zobaczyła w nim dziewczynkę z czarnymi jak smoła kręconymi włosami i z sowimi oczami o przedziwnym okrągłym kształcie. Jej nos był malutki i zadarty, siny z zimna tak samo jak mocno zaciśnięte usteczka. Miała na sobie lisie i gronostaje futerka, a na stopach sarnią skórę. Zamarzała w jaskini Gnipahellir niedaleko Raidun i Bjørna. Raidun w środku nocy zabrała swojego brata i udali się razem na poszukiwanie czegoś, czego nie rozumieli. Na poszukiwanie piekła. Wtedy też elf światła ucieszył się na powiększenie mocy prorokowania młodej Norweżki, a niebieskawa kula, jaką był, wręcz skakała po śniegu ze szczęścia.
Dzieci nie wiedziały, iż na straży zamarzającej młodej kobiety stoi dwugłowy pies o imieniu Garm. On jednak okazał się być łaskawy dla dzieci, wyczuwając magiczne umiejętności dziewczynki. Wpuścił ich do środka jaskini, która prowadziła jednak dalej – wychodziła do czegoś, co zdawać by się mogło małym miasteczkiem, jednak zamiast budynków dookoła piętrzyły się pochłonięte lśniącym lodem krzewy niesięgające wyżej niż półtora metra. Za nimi w oddali wyrastały ze śnieżnych kopek kolejne góry, wyższe i bardziej strome od poprzednich, sięgające najwyższych chmur i raniące je na tyle, iż zamiast łez roniły kolejne płatki. Dzieci próbowały przedrzeć się przez najzimniejszy ze znanych im śniegów i najbardziej kruchy – taki, z którego nie dało się ulepić kulki. Naprzeciw wyszła im Hel. Jednym spojrzeniem bazyliszkowych oczu zamieniła w kamień Bjørna, który od tej pory stał się nieśmiertelnym głazem chroniącym jaskinię przed ludźmi bez magicznych zdolności.
Hel, bogini świata umarłych śmiercią naturalną, oświadczyła młodej Raidun, że jest przyszłą Norą, jedną z potężnych wieszczek, które za zadanie bronić mają świętego drzewa Yggdrasil, ponieważ najstarsza z nich została zabita lodowym spojrzeniem samej Helli ze względu na jej potajemne spotkania z Ullą, bogiem wiecznej zimy i jednocześnie kochankiem hurysy. Od tego czasu Ulla mści się na ukochanej, grzebiąc wszystkich mieszkańców w lodowych grobowcach. Tak więc królestwo Hel chyli się ku upadkowi i jedynie decyzja Raidun o zostaniu Norą i chronieniu zamarzniętego złem piekła może ocalić osiem innych światów przed wieczną zmarzliną.
Raidun zaskoczona biegiem spraw, zastanowiła się nad odpowiedzią, mając wrażenie, że bazyliszkowe oczy Hel za niedługo zamienią jej serce w kamień, a ciało w lodowy posąg. Niezgoda byłaby równa ze śmiercią, ale taka śmierć nie skończyłaby się chociaż zjedzeniem przez ludzi.
I wtedy Kraina Mgły rozpuściła się w jej wyobraźni, a Raidun otworzyła oczy, budząc się setkach grubych koców w środku małego, nordyckiego domu.
A za oknem padały świeże warstwy lodowego puchu…


Komentarz odautorski:
Dzisiaj w bajkowej konwencji, zupełnie inaczej niż zwykle. Miało być jeszcze nie tak – lekko, spontanicznie. Oczywiście – znowu nie wyszło. Zaczytana w mitologii nordyckiej, nie potrafiłam odciągnąć się od komputera, więc jest to, co jest. Wyszła baśń dla starszych dzieci, tęskniących za takimi formami ;).

Ciekawostka: angielskie słowo „hell” – czyli właśnie „piekło” – pochodzi z nordyckiego „hel”. 
P.S. Kocham ten zespół, piosenkę, wszystko. A teraz kończę pakowanie, jutro jazda do Niemiec.