Raidun – zimowa baśń
Akcja
dzieje się w Norwegii podczas najgorszej zimy, jaką dotychczas poznała historia.
Takiej, kiedy to wodospady zamarzają w czasie lotu, a nosy nawet najbardziej
zahartowanych ludzi nabierają sinoczarnej barwy i przestają nadawać się do
użytku na poziomie mniejszym niż 800 metrów poniżej dzikiej linii mórz. Nic
więc dziwnego w tym, że w owym dobiegającym już końca wieku XVI wszyscy
mieszkańcy norweskich Gór Skandynawskich zaczęli prowadzić koczowniczy tryb
życia, błądząc po nieznanych jak dotąd terenach, na których możliwa byłaby
zwyczajna, spokojna egzystencja.
Posuwając się coraz bardziej na południe, cieplejsze
zaledwie o kilka dziesiątych stopnia, ostrożnie schodzili z górskich pasm.
Trwało to jednak na tyle długo, iż większość dzieci do lat dziesięciu dawno
poumierała, reszta ledwo oddychała, mając już płuca w połowie zamienione w
lodowiec.
W
podobnym stanie od kilku tygodni była Raidun, jedenastoletnia dziewczynka.
Podczas gdy starsi gubili się w oczach, ona, jak mogło się wydawać, stała się o
kilka kilogramów cięższa do niesienia na ramionach i tłumaczono, że tak właśnie
dzieje się z powodu zamarzniętych wnętrzności. Raidun bała się i to nie bez
powodu – norwescy wędrowcy, którzy wywodzili się od Normanów nie lubili niczego
marnować – a w szczególności mięsa, kiedy już z tego właśnie mięsa wyleci
dusza. Dziewczynka najbardziej na świecie bała się zjedzenia, dlatego ubzdurała
sobie, że musi uciec od ludzkiego stada w poszukiwaniu Yggdrasil, zaczarowanego
jesionu łączącego aż dziewięć światów. Wówczas mogłaby wybrać jeden do życia,
najlepiej cieplutki, aby rozmroziły się jej płuca i potrafiłaby oddychać
normalnie. Nie wiedziała jednak, jakie ma do wyboru – jedynie tyle, iż
aktualnie bytuje w Midgard, krainie ludzi.
Tułaczka
mieszkańców północy nie miała końca – nie mieli bowiem pojęcia, że kierują się
coraz bardziej w stronę morza, a chociaż wywodzą się od Wikingów, nie potrafią
zbudować łodzi. Tak więc trwała już dwanaście miesięcy, a Raidun i młodszy od
niej brat Bjørn poszukiwali sposobu na ucieczkę. Dotarli do Sognefjorden,
jednego z najdłuższych na świecie fiordów. Z głębin wód piętrzyły się
niekończące się skały, jedna na drugiej, tworząc górskie pasma. I chociaż
widoki były najpiękniejszym dziełem boskiego stworzenia, utrzymywały w
przekonaniu o rychłej śmierci – pielgrzymi bowiem uświadomili sobie, iż nie
zostało im nic innego, jak wyrazić aprobatę naturze i po prostu umrzeć. Jedni
więc postanowili umierać, inni szukali schronienia w jaskiniach, wierząc w
istnienie jeszcze jakichś zwierząt nadających się na do spożycia. I tak oto
pozostało ich jedynie dziesięciu.
Pewnej
nocy Raidun zbudził dziwny sen. Zobaczyła ślicznego małego elfa, który obiecał
jej, że w zamian za duszę, zaprowadzi ją aż pod samą pochłoniętą szronem korę
magicznego drzewa. Zgodziła się, pod warunkiem, iż Bjørn będzie mógł jej
towarzyszyć, oczywiście także za cenę swego metafizycznego „ja”. Elf przystanął
na propozycję błękitnookiej dziewczynki, wyraźnie z siebie zadowolony. Od
kolejnego poranka aż do śmierci dwóch młodych towarzyszy marzeń, elf codziennie
objawiał się tylko im w postaci małej niebieskiej gwiazdki kontrastującej z
bielą wszechobecnego puchu.
Uciekli
więc, kierując się fiordem z powrotem na zimniejszą północ. I chociaż zwyczajne
dzieci umarłyby z tęsknoty i głody, Raidun, która – jak zapewnił ją elf – stała
się wieszczką, przewidywała obecność tak zmęczonych zwierząt, że wystarczyło
poczekać chwilę, aż padną same. Trudniej jednak było osuszać miejsce do
rozpalenia ognia także zamarzniętymi kamieniami, więc dzieci nauczyły się jadać
mięso surowe i nawet nie czuli się chorzy. Rodzice zaginęli pod lawiną śniegu
koło miesiąca temu, a reszta dorosłych nawet nie zaprzątała sobie głowy
zniknięciem młodych poszukiwaczy przygód.
Tak
więc prowadzili tułaczy tryb życia, aż jednej z wielu tych samych nocy Raidun
pod osłoną nieba przepełnionego blaskiem polarnych zorzy miała kolejny proroczy
sen. Zobaczyła w nim dziewczynkę z czarnymi jak smoła kręconymi włosami i z
sowimi oczami o przedziwnym okrągłym kształcie. Jej nos był malutki i zadarty,
siny z zimna tak samo jak mocno zaciśnięte usteczka. Miała na sobie lisie i gronostaje
futerka, a na stopach sarnią skórę. Zamarzała w jaskini Gnipahellir niedaleko
Raidun i Bjørna. Raidun w środku nocy zabrała swojego brata i udali się razem
na poszukiwanie czegoś, czego nie rozumieli. Na poszukiwanie piekła. Wtedy też
elf światła ucieszył się na powiększenie mocy prorokowania młodej Norweżki, a
niebieskawa kula, jaką był, wręcz skakała po śniegu ze szczęścia.
Dzieci
nie wiedziały, iż na straży zamarzającej młodej kobiety stoi dwugłowy pies o
imieniu Garm. On jednak okazał się być łaskawy dla dzieci, wyczuwając magiczne
umiejętności dziewczynki. Wpuścił ich do środka jaskini, która prowadziła
jednak dalej – wychodziła do czegoś, co zdawać by się mogło małym miasteczkiem,
jednak zamiast budynków dookoła piętrzyły się pochłonięte lśniącym lodem krzewy
niesięgające wyżej niż półtora metra. Za nimi w oddali wyrastały ze śnieżnych
kopek kolejne góry, wyższe i bardziej strome od poprzednich, sięgające
najwyższych chmur i raniące je na tyle, iż zamiast łez roniły kolejne płatki. Dzieci
próbowały przedrzeć się przez najzimniejszy ze znanych im śniegów i najbardziej
kruchy – taki, z którego nie dało się ulepić kulki. Naprzeciw wyszła im Hel. Jednym
spojrzeniem bazyliszkowych oczu zamieniła w kamień Bjørna, który od tej pory
stał się nieśmiertelnym głazem chroniącym jaskinię przed ludźmi bez magicznych
zdolności.
Hel,
bogini świata umarłych śmiercią naturalną, oświadczyła młodej Raidun, że jest
przyszłą Norą, jedną z potężnych wieszczek, które za zadanie bronić mają
świętego drzewa Yggdrasil, ponieważ najstarsza z nich została zabita lodowym
spojrzeniem samej Helli ze względu na jej potajemne spotkania z Ullą, bogiem
wiecznej zimy i jednocześnie kochankiem hurysy. Od tego czasu Ulla mści się na
ukochanej, grzebiąc wszystkich mieszkańców w lodowych grobowcach. Tak więc królestwo
Hel chyli się ku upadkowi i jedynie decyzja Raidun o zostaniu Norą i chronieniu
zamarzniętego złem piekła może ocalić osiem innych światów przed wieczną zmarzliną.
Raidun
zaskoczona biegiem spraw, zastanowiła się nad odpowiedzią, mając wrażenie, że
bazyliszkowe oczy Hel za niedługo zamienią jej serce w kamień, a ciało w lodowy
posąg. Niezgoda byłaby równa ze śmiercią, ale taka śmierć nie skończyłaby się
chociaż zjedzeniem przez ludzi.
I
wtedy Kraina Mgły rozpuściła się w jej wyobraźni, a Raidun otworzyła oczy,
budząc się setkach grubych koców w środku małego, nordyckiego domu.
A za oknem
padały świeże warstwy lodowego puchu…
Komentarz
odautorski:
Dzisiaj
w bajkowej konwencji, zupełnie inaczej niż zwykle. Miało być jeszcze nie tak –
lekko, spontanicznie. Oczywiście – znowu nie wyszło. Zaczytana w mitologii
nordyckiej, nie potrafiłam odciągnąć się od komputera, więc jest to, co jest.
Wyszła baśń dla starszych dzieci, tęskniących za takimi formami ;).
Ciekawostka:
angielskie słowo „hell” – czyli właśnie „piekło” – pochodzi z nordyckiego „hel”.
P.S. Kocham ten zespół, piosenkę, wszystko. A teraz kończę pakowanie, jutro jazda do Niemiec.