Znikasz mi powoli, świcie za oknem, wrodzone słońce,
wysyłam w podróż bezkresną swoje pszczoły – gońce.
Znikasz mi niepostrzeżenie – świt, zmierzchała godzina,
oszukuje bezustanny pęd, liście drzew, konary, nowina
o tobie - niedowidzę obrazu, sylwetki gdzieś w oddali.
Pszczoły podleciały, na ramieniu płaczą, jedna się żali.
Dzielna jestem – mówi przez łez strumienie – i wolna,
ale jakby coś nie tak, tak bez końca; ucieczka mozolna.
Kiedym na jej wargach odnalazła pitnego miodu potoki,
kiedym na jej dłoni odpoczęła – me skrzydła- roztoki
- i one oszukały umysł, serce wbite w ciało;
zmysłom okrutnym wciąż mało i mało.