Chodź tutaj, Skarbie...
Opuszczała właśnie przydrożną
knajpę, w której od kilku lat pracowała jako totalnie nieopłacalna kelnerka. Wsiadła
do starego forda, rzucając śmierdzącym od ryb i frytek fartuszkiem na siedzenie
pasażera. Zapięła pasy bezpieczeństwa, ustawiła lusterka, włączyła radio. Kiedy
ruszyła, niebem przebiegła jasna błyskawica, przeszywając na pół szarzejące
sklepienie. Było lato, koło godziny dwudziestej pierwszej – połowa nieboskłonu
pochwalić się mogła niebezpieczną barwą dojrzałego granatu, który zasłaniał
resztę ciemnotopazowego firmamentu niby czapeczka żołędzia.
Całą drogę wydłużoną jeszcze o
przystanek na McDrive pokonała w mniej niż 10 minut, podśpiewując cicho do
starych bestsellerów Aerosmith. Ile oddałaby za to, aby przenieść się w te
szalone lata albo chociaż wystąpić w jednym z teledysków. Aby przez chwilę
poczuć się na tyle przytłoczonym wizją autora, że aż dałoby się uwierzyć w tą
kreowaną w telewizji wolność. Stanąć na piedestale jak ta irma, Statua
Wolności, na czele swojej małej ojczyzny.
- Duże cappuccino, niech pani
nie żałuje cukru.
- Pięć trzydzieści. Zapowiada
się na burze, co nie? – spytała babka w małej kanciapie połączonej z wesołym
budynkiem, którego ściany przesiąknięte były fetorem starego oleju.
- Grzmoty słychać z daleka, ale
wiatr pewnie ją do nas przygna – uśmiechnęła się, odbierając resztę drobnych od
pulchnej trzydziestki. – Miłego wieczoru.
Podjechała do drugiego okienka,
zabrała kawę, stawiając ją sobie między nogi i cukrując czterema słodzikami.
Pobawiła się pokrętłem, ustawiając największą głośność, jaka była możliwa.
Zrzuciła ręczny, wciskając „gaz do dechy” i odjechała z piskiem opon. Jak zwykle
– pewna siebie; wypadki chodzą po ludziach, ale przecież nie po niej. Setka,
sto dziesięć, ostry zakręt, samochód z naprzeciwka z równie wielką szybkością.
Trzask blachy w tym samym ułamku sekundy, co kolejny ogień nieba. Krew jak
potok wypłynęła spomiędzy szkła i plastikowych resztek zderzaka chevloreta.
Czyjaś ręka wystawała przez dziurę w zardzewiałej blaszce, twarzy nie było
widać przez gęsty dym. Z samochodu obok na asfalt wylała się gorąca jeszcze
kawa z nie do końca rozpuszczonymi drobinkami cukru.
Przypomniały mi się tamte promienie słońca – tej
samej gwiazdy, która od milionów lat oświeca nasze światy, połączone tamtego
lata. Ja- wzorowa uczennica, ty – blond łobuziara z tatuażem na ramieniu i
kostce. Jedyne, co nas łączyło, to szkolne mundurki i przyjaźń od przedszkola
oraz – wówczas – samochód twoich rodziców. Jak przystało na właścicieli
jakiegoś wielkiego biznesu – duży, czarny, z ostrymi bokami – nie pamiętam
marki (może lincoln), roku powstania, tylko twoje blond włosy fruwające na
wietrze, jakby chciały się oderwać od czaszki. I czarno-białe jazzówki, które
raz po raz (zbyt często) naciskały nieumiejętnie pedał gazu. Jeszcze gorzej
było z hamowaniem – wielokrotnie byłam narażona na zostawienie swoich zębów na
tatusiowej tapicerce.
Tego dnia, kiedy słońce prażyło najmocniej; sama
wiesz – efekt płonącego asfaltu i płonących stóp, kiedy boso biega się
autostradą – nakłoniłaś mnie do ucieczki z ostatnich kilku lekcji. Miałam
obawy, lecz w sumie oceny dawno były wystawione. Udało ci się, wymknęłyśmy się łazienkowym
oknem, biegnąc do tego czarnego cuda na czterech kółkach bez dachu, aby później
pędzić autostradą, czując smak wolności. Ani tego dnia, ani przez kilka kolejnych, nie
wróciłyśmy do domu.
Miałaś w schowku kilka piw i chociaż początkowo nie
chciałaś ich sączyć podczas jazdy, doszłaś do wniosku:
- Liv, jesteśmy młode. Możemy czasami zaszaleć! –
krzyczałaś, działając jak magnes na spojrzenia innych kierowców i przechodniów.
Na początku zsuwałam się z fotela, aby nikt mnie nie widział, ale po jednym
piwie wypitym na mocnym słońcu zaczęłam gdzieś mieć szkolne i rodzicielskie
zasady. Usiadłam na kolanach na skórzanych obiciach, kładąc się na ręce i
patrząc jak kipisz szaleństwem młodości. Ilość zrzuconym w czasie jazdy ubrań
była odwrotnie proporcjonalna do przebytych kilometrów, a serca biły w rytmie
narzucanym przez gitarę elektryczną. W podkoszulki i majtkach tańczyłyśmy na wietrze
i wyłyśmy stare, rockowe piosenki. Apaszka wisiała na lusterku i wskazywała nam
drogę. Zasnęłam, kiedy mrok ogarnął nasz mały światek.
- Wstawaj, kicia, parkujemy i tankujemy. Bierz torbę –
rzuciła Alicia Silverstone. Nieco oniemiała wstałam, ubrałam niebieski sweter i
czarne skórzane spodnie, ostatni hit tego lata i powlokłam się za przyjaciółką, która
niewiadomo kiedy wdziała na siebie skąpą sukienkę. Skorzystałam w tym czasie ze
stacji samoobsługowej, nucąc pod nosem i poruszając biodrami. W głębi
zastanawiałam się, skąd wziąć pieniądze na naszą szaloną podróż. Nie wiedziałam,
że dawno miałaś swoje sposoby na niezależność.
- Liv, chodź! – zawołała Alicia i wtedy zorientowałam
się, że ktoś gwiżdże, patrząc na mój tyłek. Wybuchłam śmiechem, nieco speszona,
ale wbiegłam za Ali do sklepu. Zza regału obserwowałam, co robi.
Pełna życiowej werwy i pewności, wykorzystywała
wdzięki swojego ciała. Dumny podbródek jak zawsze uniesiony, mówił: „Masz do
czynienia z królową”. Wzrok miała podobny – błękitne tęczówki, podniesione
brwi, czasem zmrużone oczy zawsze oświadczały to samo: „Obchodź się ze mną jak
z damą”. Utrzymując wyzywający kontakt wzrokowy z chłopaczkiem przy kasie
zajadającym się lukrecją, chowała do torby okulary przeciwsłoneczne, a on
jeszcze zachęcał ją gestami. Założyła na nos kolejne.
- Jak wyglądam, kochanie? – pytała młodego.
- Bomba, musisz je wziąć – ale nawet nie czekała na
przyzwolenie, chodząc między pułkami i zabierając wszystko, różne badziewia,
niepotrzebne pierdoły.
Poczułam się podekscytowana. Chwyciłam mocniej
plażową torbę, idąc w stronę jedzenia, o którym nie pomyślała Alicia.
Próbowałam patrzeć na młodzieńca takim wzrokiem jak ty, lecz moje starania
raczej kończyły się komicznie. Uśmiechnęłam się więc i rzucałam długoterminowym
żarciem do mojego plecionego worka szczęścia.
- Żarełko! Jesteś genialna – zaśpiewała mi do ucha,
dmuchając w wiatraczek za naszymi głowami. Zabrała dwa i popchnęła mnie w
stronę budki ze zdjęciami, kiedy nasze torby były przepełnione darmowymi
produktami. – Zostawmy coś temu gnojowi – rzuciła, ściągając moją bluzkę i
uśmiechając się ponętnie w stronę obiektywu. Poszłam twoim śladem, chociaż
pewnie znowu efekt był wyśmienicie przezabawny. Złapałam za materiał okalający
twoją sylwetkę, pozostawiając cię w tylko z majtkach. Wypięłaś tyłek jak
dziwka, pokazując język. Pomiędzy błyskami fleszu niby błyskawicy, niechcący spojrzałam
na ciebie kilkakrotnie.
Rzuciłaś facetowi fotkami i wyszłyśmy. Wyraz twarzy –
bezbłędny. Jego niedbałe blond loczki przypominające nieco przydługie afro,
stanęły dęba – tak to przynajmniej zapamiętałam.
Łyknęłyśmy resztę piw ze schowka, nie wiedząc do
końca, jak znalazłyśmy się przed barem, zachęcone muzyką. W rytmach ukochanych
gitar wtańczyłyśmy się do środka, budząc z letargu tamtejszych zbrukanych
życiem starszych panów.
- Moja kochanka chciałaby zatańczyć – oświadczyła rykiem
Alicia. Gdyby nie te promile buzujące w mojej krwi i odświeżające mój nudny
charakter – zabiłabym cię, a już na pewno nie poszła razem z tobą do szatni,
zmieniając garderobę na srebrne jak twoje nazwisko, wyzywające stroje. Wybrałam
dzwony, świetlistą bluzkę. Wróciłam, a ty miałaś na sobie garnitur.
- Mój Alfonsik – zamiauczałam ci do ucha i nie wiem,
ile było w tym szepcie mnie prawdziwej.
Wskoczyłam na podest, nie wiedząc, co robić. Jednak
kiedy w powietrzu usłyszałam dźwięki ulubionej piosenki (zamówionej pewnie
przez Alicie), złapałam się nogami rury, a rękami ziemi, odsłaniając zbyt wiele
brzucha. Alicia patrzyła na mnie, a połowa jej twarzy zasłonięta była cieniem
rzucanym przez kapelusz. Błękitne oko spoglądało na mnie, usta zatrzymały się
na dłużej w półuśmiechu. Przechyliłaś głowę, a ja upadłam na kolana, śpiewając
głośno refren. Kiedy kończył się, przelotnie dotknęłam twoich włosów,
pachnących czymś, czego teraz nie potrafię sprecyzować. Złapałaś za kapelusz,
rzucając nim w tłum piszczących jak dziewczynki facetów, którzy na odpuście
przyglądają się cukierkom. Uniosłaś podbródek, posyłając mi w powietrzu
buziaka, chociaż klęczałam tak blisko, iż czułam twój oddech przesiąknięty piwem.
Rzuciłam bluzką, którą złapałaś w locie. Wśród zgiełku okrzyków i wiwatujących kolesi,
zobaczyłam ciebie – skupioną, wpatrzoną w kawałek materiału, który podtykałaś
sobie do policzka.
Dokończyłam numer. Zostałyśmy nagrodzone przez gapiów
kilkoma setkami dolarów. Wybrałam hotel, w którym spałyśmy jak zabite w jednym
łóżku aż do późnego popołudnia kolejnego dnia, zmęczone bardziej bitwą na
poduszki i przekomarzaniem się, niźli długą wycieczką.
- Zróbmy jeszcze coś głupiego! – powiedziała trzeciej
nocy Alicia, patrząc w brudny sufit motelu, kiedy po kilkunastu hamburgerach i
tonach frytek oraz dwóch nocach w wykwintnych hotelikach, kończyła nam się kasa.
– Całowałaś się kiedyś z dziewczyną? – spytała, a ja zaśmiałam się jedynie w
odpowiedzi.
- Tak?
- Tak. Właśnie teraz – odparłam, wskakując na nią i
całując jak przyjaciółka przyjaciółkę. Krótko, przyjaźnie. Ale ona nie śmiała
się, a jedynie patrzyła z uniesionymi, wydepilowanymi brwiami. Pochyliłam się,
czując ciepło wydobywające się z jej ciała, szczególnie policzków oraz brzucha.
Pociągnęła mnie za włosy, wpijając się w wargi ubrudzone resztką fioletowej
szminki. Poddałam się.
Wycieczkę skończyłyśmy kolejnego dnia, po drodze
zabawiając się z jakimś kolesiem z zielonego traktora, którego zostawił na
biegu, aby wskoczyć do auta nadzianych rodziców Alicii. Wykąpałyśmy się w
brudnym, małym jeziorze nieopodal naszej trasy i wróciłyśmy do domu, sącząc
oczywiście kilka piw, aby jakoś móc ze sobą rozmawiać. I śpiewać. Drzeć się w
niebogłosy, pokonać jakoś moralnego kaca.
Wyjechałaś do Anglii, bo twoi rodzice przenieśli
biznes.
Dopiero w zeszłym tygodniu, podczas wypadku,
dowiedziałam się, że wróciłaś w rodzinne strony pierwszy raz od cholernie
długich trzydziestu lat.
Chodź
tutaj, Skarbie…
Wiesz, że doprowadzasz mnie do szaleństwa…
Tymi swoimi niecnymi sztuczkami sprawiasz, że czuję się dobrze.
***
Komentarz odautorski:
Czytam marquezowe
opowiadania i siedzę po kostki w tym świecie tzn. realizmu magicznego. Rzuciłam
na bok moimi rozbudowanymi metaforami i przemyśleniami na rzecz prostego
opowiadanka. Uniknęłam jednak Hiszpanii/Katalonii (jak Marquez uważam, że to
nie jest część Hiszpanii)/Marsylii/Włoch na rzecz rozkochania w starych
teledyskach Aerosmith, Bon Jovi, Gunsów i wielu, wielu innych…
Wyszło, co wyszło.
Widać dwa wpływy.
Ciekawostka: dziewczyny
z teledysku to Liv Tyler i Alicia Silverstone. Nie siliłam się na oryginalność.
Opuszczała właśnie przydrożną
knajpę, w której od kilku lat pracowała jako totalnie nieopłacalna kelnerka. Wsiadła
do starego forda, rzucając śmierdzącym od ryb i frytek fartuszkiem na siedzenie
pasażera. Zapięła pasy bezpieczeństwa, ustawiła lusterka, włączyła radio. Kiedy
ruszyła, niebem przebiegła jasna błyskawica, przeszywając na pół szarzejące
sklepienie. Było lato, koło godziny dwudziestej pierwszej – połowa nieboskłonu
pochwalić się mogła niebezpieczną barwą dojrzałego granatu, który zasłaniał
resztę ciemnotopazowego firmamentu niby czapeczka żołędzia.
Całą drogę wydłużoną jeszcze o
przystanek na McDrive pokonała w mniej niż 10 minut, podśpiewując cicho do
starych bestsellerów Aerosmith. Ile oddałaby za to, aby przenieść się w te
szalone lata albo chociaż wystąpić w jednym z teledysków. Aby przez chwilę
poczuć się na tyle przytłoczonym wizją autora, że aż dałoby się uwierzyć w tą
kreowaną w telewizji wolność. Stanąć na piedestale jak ta irma, Statua
Wolności, na czele swojej małej ojczyzny.
- Duże cappuccino, niech pani
nie żałuje cukru.
- Pięć trzydzieści. Zapowiada
się na burze, co nie? – spytała babka w małej kanciapie połączonej z wesołym
budynkiem, którego ściany przesiąknięte były fetorem starego oleju.
- Grzmoty słychać z daleka, ale
wiatr pewnie ją do nas przygna – uśmiechnęła się, odbierając resztę drobnych od
pulchnej trzydziestki. – Miłego wieczoru.
Podjechała do drugiego okienka,
zabrała kawę, stawiając ją sobie między nogi i cukrując czterema słodzikami.
Pobawiła się pokrętłem, ustawiając największą głośność, jaka była możliwa.
Zrzuciła ręczny, wciskając „gaz do dechy” i odjechała z piskiem opon. Jak zwykle
– pewna siebie; wypadki chodzą po ludziach, ale przecież nie po niej. Setka,
sto dziesięć, ostry zakręt, samochód z naprzeciwka z równie wielką szybkością.
Trzask blachy w tym samym ułamku sekundy, co kolejny ogień nieba. Krew jak
potok wypłynęła spomiędzy szkła i plastikowych resztek zderzaka chevloreta.
Czyjaś ręka wystawała przez dziurę w zardzewiałej blaszce, twarzy nie było
widać przez gęsty dym. Z samochodu obok na asfalt wylała się gorąca jeszcze
kawa z nie do końca rozpuszczonymi drobinkami cukru.
Przypomniały mi się tamte promienie słońca – tej
samej gwiazdy, która od milionów lat oświeca nasze światy, połączone tamtego
lata. Ja- wzorowa uczennica, ty – blond łobuziara z tatuażem na ramieniu i
kostce. Jedyne, co nas łączyło, to szkolne mundurki i przyjaźń od przedszkola
oraz – wówczas – samochód twoich rodziców. Jak przystało na właścicieli
jakiegoś wielkiego biznesu – duży, czarny, z ostrymi bokami – nie pamiętam
marki (może lincoln), roku powstania, tylko twoje blond włosy fruwające na
wietrze, jakby chciały się oderwać od czaszki. I czarno-białe jazzówki, które
raz po raz (zbyt często) naciskały nieumiejętnie pedał gazu. Jeszcze gorzej
było z hamowaniem – wielokrotnie byłam narażona na zostawienie swoich zębów na
tatusiowej tapicerce.
Tego dnia, kiedy słońce prażyło najmocniej; sama
wiesz – efekt płonącego asfaltu i płonących stóp, kiedy boso biega się
autostradą – nakłoniłaś mnie do ucieczki z ostatnich kilku lekcji. Miałam
obawy, lecz w sumie oceny dawno były wystawione. Udało ci się, wymknęłyśmy się łazienkowym
oknem, biegnąc do tego czarnego cuda na czterech kółkach bez dachu, aby później
pędzić autostradą, czując smak wolności. Ani tego dnia, ani przez kilka kolejnych, nie
wróciłyśmy do domu.
Miałaś w schowku kilka piw i chociaż początkowo nie
chciałaś ich sączyć podczas jazdy, doszłaś do wniosku:
- Liv, jesteśmy młode. Możemy czasami zaszaleć! –
krzyczałaś, działając jak magnes na spojrzenia innych kierowców i przechodniów.
Na początku zsuwałam się z fotela, aby nikt mnie nie widział, ale po jednym
piwie wypitym na mocnym słońcu zaczęłam gdzieś mieć szkolne i rodzicielskie
zasady. Usiadłam na kolanach na skórzanych obiciach, kładąc się na ręce i
patrząc jak kipisz szaleństwem młodości. Ilość zrzuconym w czasie jazdy ubrań
była odwrotnie proporcjonalna do przebytych kilometrów, a serca biły w rytmie
narzucanym przez gitarę elektryczną. W podkoszulki i majtkach tańczyłyśmy na wietrze
i wyłyśmy stare, rockowe piosenki. Apaszka wisiała na lusterku i wskazywała nam
drogę. Zasnęłam, kiedy mrok ogarnął nasz mały światek.
- Wstawaj, kicia, parkujemy i tankujemy. Bierz torbę –
rzuciła Alicia Silverstone. Nieco oniemiała wstałam, ubrałam niebieski sweter i
czarne skórzane spodnie, ostatni hit tego lata i powlokłam się za przyjaciółką, która
niewiadomo kiedy wdziała na siebie skąpą sukienkę. Skorzystałam w tym czasie ze
stacji samoobsługowej, nucąc pod nosem i poruszając biodrami. W głębi
zastanawiałam się, skąd wziąć pieniądze na naszą szaloną podróż. Nie wiedziałam,
że dawno miałaś swoje sposoby na niezależność.
- Liv, chodź! – zawołała Alicia i wtedy zorientowałam
się, że ktoś gwiżdże, patrząc na mój tyłek. Wybuchłam śmiechem, nieco speszona,
ale wbiegłam za Ali do sklepu. Zza regału obserwowałam, co robi.
Pełna życiowej werwy i pewności, wykorzystywała
wdzięki swojego ciała. Dumny podbródek jak zawsze uniesiony, mówił: „Masz do
czynienia z królową”. Wzrok miała podobny – błękitne tęczówki, podniesione
brwi, czasem zmrużone oczy zawsze oświadczały to samo: „Obchodź się ze mną jak
z damą”. Utrzymując wyzywający kontakt wzrokowy z chłopaczkiem przy kasie
zajadającym się lukrecją, chowała do torby okulary przeciwsłoneczne, a on
jeszcze zachęcał ją gestami. Założyła na nos kolejne.
- Jak wyglądam, kochanie? – pytała młodego.
- Bomba, musisz je wziąć – ale nawet nie czekała na
przyzwolenie, chodząc między pułkami i zabierając wszystko, różne badziewia,
niepotrzebne pierdoły.
Poczułam się podekscytowana. Chwyciłam mocniej
plażową torbę, idąc w stronę jedzenia, o którym nie pomyślała Alicia.
Próbowałam patrzeć na młodzieńca takim wzrokiem jak ty, lecz moje starania
raczej kończyły się komicznie. Uśmiechnęłam się więc i rzucałam długoterminowym
żarciem do mojego plecionego worka szczęścia.
- Żarełko! Jesteś genialna – zaśpiewała mi do ucha,
dmuchając w wiatraczek za naszymi głowami. Zabrała dwa i popchnęła mnie w
stronę budki ze zdjęciami, kiedy nasze torby były przepełnione darmowymi
produktami. – Zostawmy coś temu gnojowi – rzuciła, ściągając moją bluzkę i
uśmiechając się ponętnie w stronę obiektywu. Poszłam twoim śladem, chociaż
pewnie znowu efekt był wyśmienicie przezabawny. Złapałam za materiał okalający
twoją sylwetkę, pozostawiając cię w tylko z majtkach. Wypięłaś tyłek jak
dziwka, pokazując język. Pomiędzy błyskami fleszu niby błyskawicy, niechcący spojrzałam
na ciebie kilkakrotnie.
Rzuciłaś facetowi fotkami i wyszłyśmy. Wyraz twarzy –
bezbłędny. Jego niedbałe blond loczki przypominające nieco przydługie afro,
stanęły dęba – tak to przynajmniej zapamiętałam.
Łyknęłyśmy resztę piw ze schowka, nie wiedząc do
końca, jak znalazłyśmy się przed barem, zachęcone muzyką. W rytmach ukochanych
gitar wtańczyłyśmy się do środka, budząc z letargu tamtejszych zbrukanych
życiem starszych panów.
- Moja kochanka chciałaby zatańczyć – oświadczyła rykiem
Alicia. Gdyby nie te promile buzujące w mojej krwi i odświeżające mój nudny
charakter – zabiłabym cię, a już na pewno nie poszła razem z tobą do szatni,
zmieniając garderobę na srebrne jak twoje nazwisko, wyzywające stroje. Wybrałam
dzwony, świetlistą bluzkę. Wróciłam, a ty miałaś na sobie garnitur.
- Mój Alfonsik – zamiauczałam ci do ucha i nie wiem,
ile było w tym szepcie mnie prawdziwej.
Wskoczyłam na podest, nie wiedząc, co robić. Jednak
kiedy w powietrzu usłyszałam dźwięki ulubionej piosenki (zamówionej pewnie
przez Alicie), złapałam się nogami rury, a rękami ziemi, odsłaniając zbyt wiele
brzucha. Alicia patrzyła na mnie, a połowa jej twarzy zasłonięta była cieniem
rzucanym przez kapelusz. Błękitne oko spoglądało na mnie, usta zatrzymały się
na dłużej w półuśmiechu. Przechyliłaś głowę, a ja upadłam na kolana, śpiewając
głośno refren. Kiedy kończył się, przelotnie dotknęłam twoich włosów,
pachnących czymś, czego teraz nie potrafię sprecyzować. Złapałaś za kapelusz,
rzucając nim w tłum piszczących jak dziewczynki facetów, którzy na odpuście
przyglądają się cukierkom. Uniosłaś podbródek, posyłając mi w powietrzu
buziaka, chociaż klęczałam tak blisko, iż czułam twój oddech przesiąknięty piwem.
Rzuciłam bluzką, którą złapałaś w locie. Wśród zgiełku okrzyków i wiwatujących kolesi,
zobaczyłam ciebie – skupioną, wpatrzoną w kawałek materiału, który podtykałaś
sobie do policzka.
Dokończyłam numer. Zostałyśmy nagrodzone przez gapiów
kilkoma setkami dolarów. Wybrałam hotel, w którym spałyśmy jak zabite w jednym
łóżku aż do późnego popołudnia kolejnego dnia, zmęczone bardziej bitwą na
poduszki i przekomarzaniem się, niźli długą wycieczką.
- Zróbmy jeszcze coś głupiego! – powiedziała trzeciej
nocy Alicia, patrząc w brudny sufit motelu, kiedy po kilkunastu hamburgerach i
tonach frytek oraz dwóch nocach w wykwintnych hotelikach, kończyła nam się kasa.
– Całowałaś się kiedyś z dziewczyną? – spytała, a ja zaśmiałam się jedynie w
odpowiedzi.
- Tak?
- Tak. Właśnie teraz – odparłam, wskakując na nią i
całując jak przyjaciółka przyjaciółkę. Krótko, przyjaźnie. Ale ona nie śmiała
się, a jedynie patrzyła z uniesionymi, wydepilowanymi brwiami. Pochyliłam się,
czując ciepło wydobywające się z jej ciała, szczególnie policzków oraz brzucha.
Pociągnęła mnie za włosy, wpijając się w wargi ubrudzone resztką fioletowej
szminki. Poddałam się.
Wycieczkę skończyłyśmy kolejnego dnia, po drodze
zabawiając się z jakimś kolesiem z zielonego traktora, którego zostawił na
biegu, aby wskoczyć do auta nadzianych rodziców Alicii. Wykąpałyśmy się w
brudnym, małym jeziorze nieopodal naszej trasy i wróciłyśmy do domu, sącząc
oczywiście kilka piw, aby jakoś móc ze sobą rozmawiać. I śpiewać. Drzeć się w
niebogłosy, pokonać jakoś moralnego kaca.
Wyjechałaś do Anglii, bo twoi rodzice przenieśli
biznes.
Dopiero w zeszłym tygodniu, podczas wypadku,
dowiedziałam się, że wróciłaś w rodzinne strony pierwszy raz od cholernie
długich trzydziestu lat.
Chodź
tutaj, Skarbie…
Wiesz, że doprowadzasz mnie do szaleństwa…
Tymi swoimi niecnymi sztuczkami sprawiasz, że czuję się dobrze.
Wiesz, że doprowadzasz mnie do szaleństwa…
Tymi swoimi niecnymi sztuczkami sprawiasz, że czuję się dobrze.
***
Komentarz odautorski:
Czytam marquezowe
opowiadania i siedzę po kostki w tym świecie tzn. realizmu magicznego. Rzuciłam
na bok moimi rozbudowanymi metaforami i przemyśleniami na rzecz prostego
opowiadanka. Uniknęłam jednak Hiszpanii/Katalonii (jak Marquez uważam, że to
nie jest część Hiszpanii)/Marsylii/Włoch na rzecz rozkochania w starych
teledyskach Aerosmith, Bon Jovi, Gunsów i wielu, wielu innych…
Wyszło, co wyszło.
Widać dwa wpływy.
Ciekawostka: dziewczyny
z teledysku to Liv Tyler i Alicia Silverstone. Nie siliłam się na oryginalność.