poniedziałek, 15 czerwca 2015

Chodź tutaj, Skarbie...


Opuszczała właśnie przydrożną knajpę, w której od kilku lat pracowała jako totalnie nieopłacalna kelnerka. Wsiadła do starego forda, rzucając śmierdzącym od ryb i frytek fartuszkiem na siedzenie pasażera. Zapięła pasy bezpieczeństwa, ustawiła lusterka, włączyła radio. Kiedy ruszyła, niebem przebiegła jasna błyskawica, przeszywając na pół szarzejące sklepienie. Było lato, koło godziny dwudziestej pierwszej – połowa nieboskłonu pochwalić się mogła niebezpieczną barwą dojrzałego granatu, który zasłaniał resztę ciemnotopazowego firmamentu niby czapeczka żołędzia.
        Całą drogę wydłużoną jeszcze o przystanek na McDrive pokonała w mniej niż 10 minut, podśpiewując cicho do starych bestsellerów Aerosmith. Ile oddałaby za to, aby przenieść się w te szalone lata albo chociaż wystąpić w jednym z teledysków. Aby przez chwilę poczuć się na tyle przytłoczonym wizją autora, że aż dałoby się uwierzyć w tą kreowaną w telewizji wolność. Stanąć na piedestale jak ta irma, Statua Wolności, na czele swojej małej ojczyzny.
              - Duże cappuccino, niech pani nie żałuje cukru.
             - Pięć trzydzieści. Zapowiada się na burze, co nie? – spytała babka w małej kanciapie połączonej z wesołym budynkiem, którego ściany przesiąknięte były fetorem starego oleju.
         - Grzmoty słychać z daleka, ale wiatr pewnie ją do nas przygna – uśmiechnęła się, odbierając resztę drobnych od pulchnej trzydziestki. – Miłego wieczoru.
           Podjechała do drugiego okienka, zabrała kawę, stawiając ją sobie między nogi i cukrując czterema słodzikami. Pobawiła się pokrętłem, ustawiając największą głośność, jaka była możliwa. Zrzuciła ręczny, wciskając „gaz do dechy” i odjechała z piskiem opon. Jak zwykle – pewna siebie; wypadki chodzą po ludziach, ale przecież nie po niej. Setka, sto dziesięć, ostry zakręt, samochód z naprzeciwka z równie wielką szybkością. Trzask blachy w tym samym ułamku sekundy, co kolejny ogień nieba. Krew jak potok wypłynęła spomiędzy szkła i plastikowych resztek zderzaka chevloreta. Czyjaś ręka wystawała przez dziurę w zardzewiałej blaszce, twarzy nie było widać przez gęsty dym. Z samochodu obok na asfalt wylała się gorąca jeszcze kawa z nie do końca rozpuszczonymi drobinkami cukru.

                Przypomniały mi się tamte promienie słońca – tej samej gwiazdy, która od milionów lat oświeca nasze światy, połączone tamtego lata. Ja- wzorowa uczennica, ty – blond łobuziara z tatuażem na ramieniu i kostce. Jedyne, co nas łączyło, to szkolne mundurki i przyjaźń od przedszkola oraz – wówczas – samochód twoich rodziców. Jak przystało na właścicieli jakiegoś wielkiego biznesu – duży, czarny, z ostrymi bokami – nie pamiętam marki (może lincoln), roku powstania, tylko twoje blond włosy fruwające na wietrze, jakby chciały się oderwać od czaszki. I czarno-białe jazzówki, które raz po raz (zbyt często) naciskały nieumiejętnie pedał gazu. Jeszcze gorzej było z hamowaniem – wielokrotnie byłam narażona na zostawienie swoich zębów na tatusiowej tapicerce.
                Tego dnia, kiedy słońce prażyło najmocniej; sama wiesz – efekt płonącego asfaltu i płonących stóp, kiedy boso biega się autostradą – nakłoniłaś mnie do ucieczki z ostatnich kilku lekcji. Miałam obawy, lecz w sumie oceny dawno były wystawione. Udało ci się, wymknęłyśmy się łazienkowym oknem, biegnąc do tego czarnego cuda na czterech kółkach bez dachu, aby później pędzić autostradą, czując smak wolności. Ani tego dnia, ani przez kilka kolejnych, nie wróciłyśmy do domu.
                      Miałaś w schowku kilka piw i chociaż początkowo nie chciałaś ich sączyć podczas jazdy, doszłaś do wniosku:
          - Liv, jesteśmy młode. Możemy czasami zaszaleć! – krzyczałaś, działając jak magnes na spojrzenia innych kierowców i przechodniów. Na początku zsuwałam się z fotela, aby nikt mnie nie widział, ale po jednym piwie wypitym na mocnym słońcu zaczęłam gdzieś mieć szkolne i rodzicielskie zasady. Usiadłam na kolanach na skórzanych obiciach, kładąc się na ręce i patrząc jak kipisz szaleństwem młodości. Ilość zrzuconym w czasie jazdy ubrań była odwrotnie proporcjonalna do przebytych kilometrów, a serca biły w rytmie narzucanym przez gitarę elektryczną. W podkoszulki i majtkach tańczyłyśmy na wietrze i wyłyśmy stare, rockowe piosenki. Apaszka wisiała na lusterku i wskazywała nam drogę. Zasnęłam, kiedy mrok ogarnął nasz mały światek.
                 - Wstawaj, kicia, parkujemy i tankujemy. Bierz torbę – rzuciła Alicia Silverstone. Nieco oniemiała wstałam, ubrałam niebieski sweter i czarne skórzane spodnie, ostatni hit tego lata i  powlokłam się za przyjaciółką, która niewiadomo kiedy wdziała na siebie skąpą sukienkę. Skorzystałam w tym czasie ze stacji samoobsługowej, nucąc pod nosem i poruszając biodrami. W głębi zastanawiałam się, skąd wziąć pieniądze na naszą szaloną podróż. Nie wiedziałam, że dawno miałaś swoje sposoby na niezależność.
                   - Liv, chodź! – zawołała Alicia i wtedy zorientowałam się, że ktoś gwiżdże, patrząc na mój tyłek. Wybuchłam śmiechem, nieco speszona, ale wbiegłam za Ali do sklepu. Zza regału obserwowałam, co robi.
                Pełna życiowej werwy i pewności, wykorzystywała wdzięki swojego ciała. Dumny podbródek jak zawsze uniesiony, mówił: „Masz do czynienia z królową”. Wzrok miała podobny – błękitne tęczówki, podniesione brwi, czasem zmrużone oczy zawsze oświadczały to samo: „Obchodź się ze mną jak z damą”. Utrzymując wyzywający kontakt wzrokowy z chłopaczkiem przy kasie zajadającym się lukrecją, chowała do torby okulary przeciwsłoneczne, a on jeszcze zachęcał ją gestami. Założyła na nos kolejne.
                  - Jak wyglądam, kochanie? – pytała młodego.
           - Bomba, musisz je wziąć – ale nawet nie czekała na przyzwolenie, chodząc między pułkami i zabierając wszystko, różne badziewia, niepotrzebne pierdoły.
            Poczułam się podekscytowana. Chwyciłam mocniej plażową torbę, idąc w stronę jedzenia, o którym nie pomyślała Alicia. Próbowałam patrzeć na młodzieńca takim wzrokiem jak ty, lecz moje starania raczej kończyły się komicznie. Uśmiechnęłam się więc i rzucałam długoterminowym żarciem do mojego plecionego worka szczęścia.
                - Żarełko! Jesteś genialna – zaśpiewała mi do ucha, dmuchając w wiatraczek za naszymi głowami. Zabrała dwa i popchnęła mnie w stronę budki ze zdjęciami, kiedy nasze torby były przepełnione darmowymi produktami. – Zostawmy coś temu gnojowi – rzuciła, ściągając moją bluzkę i uśmiechając się ponętnie w stronę obiektywu. Poszłam twoim śladem, chociaż pewnie znowu efekt był wyśmienicie przezabawny. Złapałam za materiał okalający twoją sylwetkę, pozostawiając cię w tylko z majtkach. Wypięłaś tyłek jak dziwka, pokazując język. Pomiędzy błyskami fleszu niby błyskawicy, niechcący spojrzałam na ciebie kilkakrotnie.
               Rzuciłaś facetowi fotkami i wyszłyśmy. Wyraz twarzy – bezbłędny. Jego niedbałe blond loczki przypominające nieco przydługie afro, stanęły dęba – tak to przynajmniej zapamiętałam.
            Łyknęłyśmy resztę piw ze schowka, nie wiedząc do końca, jak znalazłyśmy się przed barem, zachęcone muzyką. W rytmach ukochanych gitar wtańczyłyśmy się do środka, budząc z letargu tamtejszych zbrukanych życiem starszych panów.
                - Moja kochanka chciałaby zatańczyć – oświadczyła rykiem Alicia. Gdyby nie te promile buzujące w mojej krwi i odświeżające mój nudny charakter – zabiłabym cię, a już na pewno nie poszła razem z tobą do szatni, zmieniając garderobę na srebrne jak twoje nazwisko, wyzywające stroje. Wybrałam dzwony, świetlistą bluzkę. Wróciłam, a ty miałaś na sobie garnitur.
                - Mój Alfonsik – zamiauczałam ci do ucha i nie wiem, ile było w tym szepcie mnie prawdziwej.
                Wskoczyłam na podest, nie wiedząc, co robić. Jednak kiedy w powietrzu usłyszałam dźwięki ulubionej piosenki (zamówionej pewnie przez Alicie), złapałam się nogami rury, a rękami ziemi, odsłaniając zbyt wiele brzucha. Alicia patrzyła na mnie, a połowa jej twarzy zasłonięta była cieniem rzucanym przez kapelusz. Błękitne oko spoglądało na mnie, usta zatrzymały się na dłużej w półuśmiechu. Przechyliłaś głowę, a ja upadłam na kolana, śpiewając głośno refren. Kiedy kończył się, przelotnie dotknęłam twoich włosów, pachnących czymś, czego teraz nie potrafię sprecyzować. Złapałaś za kapelusz, rzucając nim w tłum piszczących jak dziewczynki facetów, którzy na odpuście przyglądają się cukierkom. Uniosłaś podbródek, posyłając mi w powietrzu buziaka, chociaż klęczałam tak blisko, iż czułam twój oddech przesiąknięty piwem. Rzuciłam bluzką, którą złapałaś w locie. Wśród zgiełku okrzyków i wiwatujących kolesi, zobaczyłam ciebie – skupioną, wpatrzoną w kawałek materiału, który podtykałaś sobie do policzka.
                Dokończyłam numer. Zostałyśmy nagrodzone przez gapiów kilkoma setkami dolarów. Wybrałam hotel, w którym spałyśmy jak zabite w jednym łóżku aż do późnego popołudnia kolejnego dnia, zmęczone bardziej bitwą na poduszki i przekomarzaniem się, niźli długą wycieczką.
          - Zróbmy jeszcze coś głupiego! – powiedziała trzeciej nocy Alicia, patrząc w brudny sufit motelu, kiedy po kilkunastu hamburgerach i tonach frytek oraz dwóch nocach w wykwintnych hotelikach, kończyła nam się kasa. – Całowałaś się kiedyś z dziewczyną? – spytała, a ja zaśmiałam się jedynie w odpowiedzi.
                 - Tak?
                 - Tak. Właśnie teraz – odparłam, wskakując na nią i całując jak przyjaciółka przyjaciółkę. Krótko, przyjaźnie. Ale ona nie śmiała się, a jedynie patrzyła z uniesionymi, wydepilowanymi brwiami. Pochyliłam się, czując ciepło wydobywające się z jej ciała, szczególnie policzków oraz brzucha. Pociągnęła mnie za włosy, wpijając się w wargi ubrudzone resztką fioletowej szminki. Poddałam się.
                Wycieczkę skończyłyśmy kolejnego dnia, po drodze zabawiając się z jakimś kolesiem z zielonego traktora, którego zostawił na biegu, aby wskoczyć do auta nadzianych rodziców Alicii. Wykąpałyśmy się w brudnym, małym jeziorze nieopodal naszej trasy i wróciłyśmy do domu, sącząc oczywiście kilka piw, aby jakoś móc ze sobą rozmawiać. I śpiewać. Drzeć się w niebogłosy, pokonać jakoś moralnego kaca.
                Wyjechałaś do Anglii, bo twoi rodzice przenieśli biznes.
             Dopiero w zeszłym tygodniu, podczas wypadku, dowiedziałam się, że wróciłaś w rodzinne strony pierwszy raz od cholernie długich trzydziestu lat.


Chodź tutaj, Skarbie…
Wiesz, że doprowadzasz mnie do szaleństwa…
Tymi swoimi niecnymi sztuczkami sprawiasz, że czuję się dobrze.



***
Komentarz odautorski:
Czytam marquezowe opowiadania i siedzę po kostki w tym świecie tzn. realizmu magicznego. Rzuciłam na bok moimi rozbudowanymi metaforami i przemyśleniami na rzecz prostego opowiadanka. Uniknęłam jednak Hiszpanii/Katalonii (jak Marquez uważam, że to nie jest część Hiszpanii)/Marsylii/Włoch na rzecz rozkochania w starych teledyskach Aerosmith, Bon Jovi, Gunsów i wielu, wielu innych…
Wyszło, co wyszło. Widać dwa wpływy.
Ciekawostka: dziewczyny z teledysku to Liv Tyler i Alicia Silverstone. Nie siliłam się na oryginalność.