Wie pan, mogę panu opowiedzieć. Na
początek będzie trudno, ale potem to już chyba z górki. Jeżeli nie z górki, to
proszę mi wybaczyć, ale mój talent opowiadania jest średnim talentem. Chowa się
daleko za talentem do prasowania pościeli, mycia naczyń, malowania kwiatów na
marginesach – i w ekologicznym zeszycie, i na tych marginesach, wie pan, świata. Tych, które
są moje i tylko moje, i których wstydzę się przed lustrem. Tam, na tych marginesach, też maluję
serduszka. I właśnie o tym ta krótka opowieść.
Zastanawiałam się może ze dwa lata
temu, jak to jest, wie pan, z dziewczyną. Jak tak można. Jestem młoda, nawet
bardzo – nie mam siwych włosów, zmarszczek od uśmiechu, złości. Nawet jednej
fali na czole od myślenia za bardzo, za dużo, za często. Mam tylko kilka blizn
wynikających z nieuwagi – tu piekarnik, tam nóż, upadek krajalnicy na stopę. Dziwne rzeczy
mi się przytrafiały, ale nigdy nie złamałam żadnej kości, jakby one były nie
kośćmi, ale prętami metalowymi. Typowa ileś tam latka. To ja. W każdym razie
sądziłam, że to niemożliwe. Teoria Jing i Jang, dopełnianie się, te sprawy. No
i seks, jasna rzecz – istotny element relacji damsko-męskiej. I, moje ulubione,
jeden zestaw jajników sam w sobie jest zabójczy – przesyt hormonów skłaniający
do robienia głupich rzeczy, do babskich humorków, do strachu, kiedy kobieta
widzi mysz. To nie ja, ale… Ale jajniki są na swoim miejscu, a i humorek od
czasu do czasu kiepski. Jeden zestaw to za dużo, a dwa zestawy w jednej, skromnej kolekcji? Brzmi strasznie. A jak i jeszcze kiedy okres
wyreguluje się na tyle, że jest w tym samym czasie, to, wydaje mi się, należy
schować gdzieś głęboko, najlepiej w innym świecie, wszystkie noże, widelce,
nawet łyżeczki – aby i oczy pozostały na swoim miejscu.
Najdziwniejsze było to, że mimo
swojej opinii, racjonalnej i twardej, i tak podobały mi się dziewczyny. Znaczy
się… i dziewczyny, i chłopaki. Teraz to już mężczyźni i kobiety, co trudno mi
do siebie przyjąć – że dziewczyna już ma większe piersi, maluje się, jakoś tak
inaczej się uśmiecha. I ten przełom w życiu, kiedy dowiadujesz się, że połowa
koleżanek to już nie dziewice. Trudno pogodzić się z utratą niewinności.
Bardziej koleżanek, niż swoją. I ten moment, kiedy podsłuchujesz rozmowy swoich
kolegów, rówieśników, kogo by przeruchali, gdzie, jak i kiedy. W niektórych
przypadkach lokalizacja nie ma znaczenia. Inni mówią, na przykład, o toaletach
publicznych, przebieralniach sklepowych, nawet obił mi się o uszy warzywniak. A
całowanie to wybadanie, czy laska ma wielką mordę. Po co – wiadomo. I wtedy
zwątpiłam. Poczułam się niesamowicie zniesmaczona i jak szmata w dodatku. Nie o
mnie tak mówili – warto mieć jednego chłopaka, uczciwego, a przynajmniej tak
się zdaje, który swoim kolegom nawet zabrania cię, jak to mówią, obczajać. Och
i warto nie narażać się samemu i chodzić w długich spódnicach, nie malować się
za mocno. I mieć małe cycki. Takie, które ochraniają cię przed komentarzami o
włożeniu pomiędzy swojego sprzętu. Albo w ogóle nosić spodnie, luźne – jasna
rzecz, bluzki bez dekoltu, również luźne. Czy od razu bluzy.
I właśnie dlatego mi się spodobała.
Długie włosy, tak, bardzo lubię długie włosy. Idąc ulicą, tylko na takie
zwracam uwagę. Ale to tylko zwrócenie uwagi, a ona czymś mnie przyciągnęła.
Raczej za dużo czasu z nią nie spędzałam, zapamiętałam imię i przyłapywałam się
na gapieniu. Paliłam cegłę i starałam się jakoś wytrzymać do końca zajęć. I
gapiłam się coraz częściej i częściej – ona nie wiedziała i było mi to na rękę.
Czasem jej koleżanka tylko popatrzyła na mnie rozbawiona i nieco zdziwiona i
pewnie myślałam, że gapię się na nią. Zabawne te początki są. A moja koleżanka,
emerytowana lesbijka, która przypadkiem w wieku dwudziestu jeden lat wkopała
się w małżeństwo- niemałżeństwo, określiła ją średnio dumną nazwą „homo”.
Broniłam zawzięcie. Ona? Nie. Z pewnością nie. Byłam pewna, bo dziewczyny,
które mi się podobały w przeszłości, nigdy nawet nie pomyślałyby o sobie w ten
sposób. Więc, Basiu, stanowcze nie. Zakład? Mały zakładzik, ale bez jakiegoś
planu – postawiłyśmy na czas, wszystko wyjdzie – pożyjemy, zobaczymy. Zagryzłam
wargę.
Długo nie czekałam, zapomniałam.
Jakoś tak wyszło – alkohol, znajomi. Basia mnie wystawiła i dobrze, że akurat
wtedy. Bawiłam się świetnie, wróciłam nad ranem. Było nad wyraz ziemsko i nad
wyraz nieziemsko – moja głowa przez kilka godzin była w chmurach, fruwałam
sobie w tę i z powrotem. A w rzeczywistym wymiarze cudownie mi się rozmawiało,
znalazłyśmy kilkadziesiąt wspólnych tematów, co dużo mówić – po prostu mamy
wspólny język.
Nie wiem tylko, w którym momencie
zagubiłam się w jej oczach. Albo raczej momentach. I w którym popatrzyłam na
jej usta (cud, że nie zachciało mi się pomacać, zawsze chce mi się pomacać
wszystko, co mi się podoba. Ubrania, zwierzaczki, zeszyty, ulijne wargi).
Podawałam szalik, żeby nie zamarzła, chociaż wydaje mi się taka nieludzka, albo
raczej ponadludzka, że mróz nie dałby rady mi jej zabrać. Ale wiem, kiedy
trzymałam ją za rękę – przegapiłam pewnie krępującą chwilę początku łapania,
lecz nie pamiętam, żeby tę dłoń zabrała mi sprzed nosa i wymierzyła nieładne
słowa w policzek.
Szybko poszło, w tajemnicy. Też
dokładnie nie wiem, jak to się stało, kiedy pewnego ranka obudziłam się po
zaledwie parunastu chwilach snu, po bezsennej nocy między jej piersiami, a ona
była obok. Obudziłam się i te szare tęczówki bezczelnie się we mnie wpatrywały.
Wtedy myślałam nad tym zaniepokojona- jak te tęczówki, wie pan, jak te oczy
kilka godzin temu mogły patrzeć z zadziornością, jak te ręce mogły obejmować, a
oddech wybierać drogę przez usta, nieco głośniej i intensywniej, a teraz… A
teraz ona patrzy delikatniej, smutniej, jakbym miałam zaraz rozpłynąć się w
powietrzu, jakby żałowała, jakby chciała – nie chciała stąd wyjść, uciec mi,
wsiąść do tramwaju i obserwować w brudnym oknie przemijający świat. I uciec
chciała, ale była zajęta patrzeniem na mnie, kiedy moje oczy były nieświadome.
Tylko ręka moja, jakby zachowując resztki niespania, wiedziała, co ma robić.
Jak te zabawne roślinki, te takie okrągłe, którymi obrzucano się w dzieciństwie
i przylegały do ubrań. Zainspirowana nimi, przykleiłam się ręką do jej ciała, a
ustami do jej ust.
Wie pan, teraz to mam ochotę żywcem
pogrzebać się pod warstwą nie ziemi, ale wstydu. A na kopce wstydu poproszę o
zasianie kilku kwiatów. Albo nie. Proszę o posadzenie płaczącej wierzby – nie
oddaje mojego charakteru, ale kocham drzewa, motywy drzewne, liście, zieleń
natury i ten smutek w jej pniu. Myślę, że wierzba szybciej wyrośnie ma takim
podłożu niż, załóżmy, krokus.
Mam mówić dalej? Dobrze. Ale tylko
troszeczkę, boli mnie już wszystko. Z czego? Z wyrzutów sumienia? Nie. Boli
mnie wszystko, boli mnie taka mała pustka, którą czuję, bo nie ma jej obok.
Tak, to potwierdzona informacja – nicość może boleć. I to cholernie.
W każdym razie nie uciekła wtedy,
chociaż chciała. Uciekła jakiś czas po przebudzeniu i jeszcze godzinie
patrzenia na siebie i całowania. Odkryłam wtedy ciekawy fakt. Albo raczej go
tylko sobie uświadomiłam. Widzi pan. To zabawne, że kilka godzin temu byłam w
pełni sił, chociaż za oknem świtało, a gołębie napierdalały głośno po moim
parapecie, a po przekroczeniu bariery snu czułam się jakaś inna, mniej
świadoma, może nawet zawstydzona. Z pewnością nie byłam pewna siebie, pewna
całej tej sytuacji. Ale to jeszcze nic! Ciekawszy jest fakt, że ciało, znużone
snem, pachnie inaczej. Naturalniej, chociaż tak trochę… sztywno. Neutralnie.
Nie chodzi o to, że gorzej – inaczej. Pachnie się mieszanką siebie, pościeli i
snu. I drugiej osoby. Przez moment miałam wrażenie, że czułam swój zapach na
jej ciele. Co jest abstrakcyjne, bo nikt nie czuje swojego zapachu.
Wywnioskowałam to prosto – na moich rękach czułam ją. Łudzące wspomnienie
dotyku, które pozostawiło po sobie jedynie nutkę aromatyczną. Kiedy wychodziła,
ja myślałam jedynie o tym, jakie to cudowne- stykać się nagimi ciałami. Co?
Nie, nie, źle powiedziane. Niech pan sobie nie myśli, że to tak szybko i łatwo.
Półnagimi. Lepiej? Dobrze. W każdym razie wróciła w kolejną noc mojego pięknego
weekendu, kiedy byłam sama i miałam się uczyć.
I wie pan. Pokochałam ją. Tak
szybko, czysto, jasno, niemalże od razu. Ona pisze wiersze. To takie zdanie,
które wypowiadam wysokim głosem, bo nie mogę przyzwyczaić się do szczęścia,
jakie mnie spotkało. I co, jeżeli jest chwilowe, co z tego. Kocham i to nawet,
baa, ze wzajemnością. Gdybym teraz umarła, to chociaż z uśmiechem. I nie widzę
tutaj żadnego problemu. Może jeden, malutki – reszta światka.
Ach, no tak, przecież już się pogrzebałam. Tylko bez nagrobku czy tam chociażby płyty nagrobkowej. I bez trumny. Niech mnie chociaż biedronki zjedzą, a wierzbie dostarczę bogatych środków odżywczych. Znowu umieram, bo mówię, że kocham. I tym razem nie ze wstydu, proszę pana.
Ach, no tak, przecież już się pogrzebałam. Tylko bez nagrobku czy tam chociażby płyty nagrobkowej. I bez trumny. Niech mnie chociaż biedronki zjedzą, a wierzbie dostarczę bogatych środków odżywczych. Znowu umieram, bo mówię, że kocham. I tym razem nie ze wstydu, proszę pana.
[ kwiecień 2016 ]
Komentarz odautorski: po raz pierwszy w stylizacji na język mówiony. Zainspirowałam się tekstem Stasiuka na zajęciach z poetyki i postanowiłam praktykować. To raczej jeden z tych tekstów, że wrzucam z sentymentu, a sama nie chcę czytać po raz kolejny.