czwartek, 12 maja 2016

Quazi-rozmowa


       Wie pan, mogę panu opowiedzieć. Na początek będzie trudno, ale potem to już chyba z górki. Jeżeli nie z górki, to proszę mi wybaczyć, ale mój talent opowiadania jest średnim talentem. Chowa się daleko za talentem do prasowania pościeli, mycia naczyń, malowania kwiatów na marginesach – i w ekologicznym zeszycie, i na tych marginesach, wie pan, świata. Tych, które są moje i tylko moje, i których wstydzę się przed lustrem. Tam, na tych marginesach, też maluję serduszka. I właśnie o tym ta krótka opowieść.
       Zastanawiałam się może ze dwa lata temu, jak to jest, wie pan, z dziewczyną. Jak tak można. Jestem młoda, nawet bardzo – nie mam siwych włosów, zmarszczek od uśmiechu, złości. Nawet jednej fali na czole od myślenia za bardzo, za dużo, za często. Mam tylko kilka blizn wynikających  z nieuwagi – tu piekarnik, tam nóż, upadek krajalnicy na stopę. Dziwne rzeczy mi się przytrafiały, ale nigdy nie złamałam żadnej kości, jakby one były nie kośćmi, ale prętami metalowymi. Typowa ileś tam latka. To ja. W każdym razie sądziłam, że to niemożliwe. Teoria Jing i Jang, dopełnianie się, te sprawy. No i seks, jasna rzecz – istotny element relacji damsko-męskiej. I, moje ulubione, jeden zestaw jajników sam w sobie jest zabójczy – przesyt hormonów skłaniający do robienia głupich rzeczy, do babskich humorków, do strachu, kiedy kobieta widzi mysz. To nie ja, ale… Ale jajniki są na swoim miejscu, a i humorek od czasu do czasu kiepski. Jeden zestaw to za dużo, a dwa zestawy w jednej, skromnej kolekcji? Brzmi strasznie. A jak i jeszcze kiedy okres wyreguluje się na tyle, że jest w tym samym czasie, to, wydaje mi się, należy schować gdzieś głęboko, najlepiej w innym świecie, wszystkie noże, widelce, nawet łyżeczki – aby i oczy pozostały na swoim miejscu.
       Najdziwniejsze było to, że mimo swojej opinii, racjonalnej i twardej, i tak podobały mi się dziewczyny. Znaczy się… i dziewczyny, i chłopaki. Teraz to już mężczyźni i kobiety, co trudno mi do siebie przyjąć – że dziewczyna już ma większe piersi, maluje się, jakoś tak inaczej się uśmiecha. I ten przełom w życiu, kiedy dowiadujesz się, że połowa koleżanek to już nie dziewice. Trudno pogodzić się z utratą niewinności. Bardziej koleżanek, niż swoją. I ten moment, kiedy podsłuchujesz rozmowy swoich kolegów, rówieśników, kogo by przeruchali, gdzie, jak i kiedy. W niektórych przypadkach lokalizacja nie ma znaczenia. Inni mówią, na przykład, o toaletach publicznych, przebieralniach sklepowych, nawet obił mi się o uszy warzywniak. A całowanie to wybadanie, czy laska ma wielką mordę. Po co – wiadomo. I wtedy zwątpiłam. Poczułam się niesamowicie zniesmaczona i jak szmata w dodatku. Nie o mnie tak mówili – warto mieć jednego chłopaka, uczciwego, a przynajmniej tak się zdaje, który swoim kolegom nawet zabrania cię, jak to mówią, obczajać. Och i warto nie narażać się samemu i chodzić w długich spódnicach, nie malować się za mocno. I mieć małe cycki. Takie, które ochraniają cię przed komentarzami o włożeniu pomiędzy swojego sprzętu. Albo w ogóle nosić spodnie, luźne – jasna rzecz, bluzki bez dekoltu, również luźne. Czy od razu bluzy.
       I właśnie dlatego mi się spodobała. Długie włosy, tak, bardzo lubię długie włosy. Idąc ulicą, tylko na takie zwracam uwagę. Ale to tylko zwrócenie uwagi, a ona czymś mnie przyciągnęła. Raczej za dużo czasu z nią nie spędzałam, zapamiętałam imię i przyłapywałam się na gapieniu. Paliłam cegłę i starałam się jakoś wytrzymać do końca zajęć. I gapiłam się coraz częściej i częściej – ona nie wiedziała i było mi to na rękę. Czasem jej koleżanka tylko popatrzyła na mnie rozbawiona i nieco zdziwiona i pewnie myślałam, że gapię się na nią. Zabawne te początki są. A moja koleżanka, emerytowana lesbijka, która przypadkiem w wieku dwudziestu jeden lat wkopała się w małżeństwo- niemałżeństwo, określiła ją średnio dumną nazwą „homo”. Broniłam zawzięcie. Ona? Nie. Z pewnością nie. Byłam pewna, bo dziewczyny, które mi się podobały w przeszłości, nigdy nawet nie pomyślałyby o sobie w ten sposób. Więc, Basiu, stanowcze nie. Zakład? Mały zakładzik, ale bez jakiegoś planu – postawiłyśmy na czas, wszystko wyjdzie – pożyjemy, zobaczymy. Zagryzłam wargę. 
       Długo nie czekałam, zapomniałam. Jakoś tak wyszło – alkohol, znajomi. Basia mnie wystawiła i dobrze, że akurat wtedy. Bawiłam się świetnie, wróciłam nad ranem. Było nad wyraz ziemsko i nad wyraz nieziemsko – moja głowa przez kilka godzin była w chmurach, fruwałam sobie w tę i z powrotem. A w rzeczywistym wymiarze cudownie mi się rozmawiało, znalazłyśmy kilkadziesiąt wspólnych tematów, co dużo mówić – po prostu mamy wspólny język.
       Nie wiem tylko, w którym momencie zagubiłam się w jej oczach. Albo raczej momentach. I w którym popatrzyłam na jej usta (cud, że nie zachciało mi się pomacać, zawsze chce mi się pomacać wszystko, co mi się podoba. Ubrania, zwierzaczki, zeszyty, ulijne wargi). Podawałam szalik, żeby nie zamarzła, chociaż wydaje mi się taka nieludzka, albo raczej ponadludzka, że mróz nie dałby rady mi jej zabrać. Ale wiem, kiedy trzymałam ją za rękę – przegapiłam pewnie krępującą chwilę początku łapania, lecz nie pamiętam, żeby tę dłoń zabrała mi sprzed nosa i wymierzyła nieładne słowa w policzek.
       Szybko poszło, w tajemnicy. Też dokładnie nie wiem, jak to się stało, kiedy pewnego ranka obudziłam się po zaledwie parunastu chwilach snu, po bezsennej nocy między jej piersiami, a ona była obok. Obudziłam się i te szare tęczówki bezczelnie się we mnie wpatrywały. Wtedy myślałam nad tym zaniepokojona- jak te tęczówki, wie pan, jak te oczy kilka godzin temu mogły patrzeć z zadziornością, jak te ręce mogły obejmować, a oddech wybierać drogę przez usta, nieco głośniej i intensywniej, a teraz… A teraz ona patrzy delikatniej, smutniej, jakbym miałam zaraz rozpłynąć się w powietrzu, jakby żałowała, jakby chciała – nie chciała stąd wyjść, uciec mi, wsiąść do tramwaju i obserwować w brudnym oknie przemijający świat. I uciec chciała, ale była zajęta patrzeniem na mnie, kiedy moje oczy były nieświadome. Tylko ręka moja, jakby zachowując resztki niespania, wiedziała, co ma robić. Jak te zabawne roślinki, te takie okrągłe, którymi obrzucano się w dzieciństwie i przylegały do ubrań. Zainspirowana nimi, przykleiłam się ręką do jej ciała, a ustami do jej ust.
       Wie pan, teraz to mam ochotę żywcem pogrzebać się pod warstwą nie ziemi, ale wstydu. A na kopce wstydu poproszę o zasianie kilku kwiatów. Albo nie. Proszę o posadzenie płaczącej wierzby – nie oddaje mojego charakteru, ale kocham drzewa, motywy drzewne, liście, zieleń natury i ten smutek w jej pniu. Myślę, że wierzba szybciej wyrośnie ma takim podłożu niż, załóżmy, krokus.
       Mam mówić dalej? Dobrze. Ale tylko troszeczkę, boli mnie już wszystko. Z czego? Z wyrzutów sumienia? Nie. Boli mnie wszystko, boli mnie taka mała pustka, którą czuję, bo nie ma jej obok. Tak, to potwierdzona informacja – nicość może boleć. I to cholernie.
       W każdym razie nie uciekła wtedy, chociaż chciała. Uciekła jakiś czas po przebudzeniu i jeszcze godzinie patrzenia na siebie i całowania. Odkryłam wtedy ciekawy fakt. Albo raczej go tylko sobie uświadomiłam. Widzi pan. To zabawne, że kilka godzin temu byłam w pełni sił, chociaż za oknem świtało, a gołębie napierdalały głośno po moim parapecie, a po przekroczeniu bariery snu czułam się jakaś inna, mniej świadoma, może nawet zawstydzona. Z pewnością nie byłam pewna siebie, pewna całej tej sytuacji. Ale to jeszcze nic! Ciekawszy jest fakt, że ciało, znużone snem, pachnie inaczej. Naturalniej, chociaż tak trochę… sztywno. Neutralnie. Nie chodzi o to, że gorzej – inaczej. Pachnie się mieszanką siebie, pościeli i snu. I drugiej osoby. Przez moment miałam wrażenie, że czułam swój zapach na jej ciele. Co jest abstrakcyjne, bo nikt nie czuje swojego zapachu. Wywnioskowałam to prosto – na moich rękach czułam ją. Łudzące wspomnienie dotyku, które pozostawiło po sobie jedynie nutkę aromatyczną. Kiedy wychodziła, ja myślałam jedynie o tym, jakie to cudowne- stykać się nagimi ciałami. Co? Nie, nie, źle powiedziane. Niech pan sobie nie myśli, że to tak szybko i łatwo. Półnagimi. Lepiej? Dobrze. W każdym razie wróciła w kolejną noc mojego pięknego weekendu, kiedy byłam sama i miałam się uczyć.
      I wie pan. Pokochałam ją. Tak szybko, czysto, jasno, niemalże od razu. Ona pisze wiersze. To takie zdanie, które wypowiadam wysokim głosem, bo nie mogę przyzwyczaić się do szczęścia, jakie mnie spotkało. I co, jeżeli jest chwilowe, co z tego. Kocham i to nawet, baa, ze wzajemnością. Gdybym teraz umarła, to chociaż z uśmiechem. I nie widzę tutaj żadnego problemu. Może jeden, malutki – reszta światka.
      Ach, no tak, przecież już się pogrzebałam. Tylko bez nagrobku czy tam chociażby płyty nagrobkowej. I bez trumny. Niech mnie chociaż biedronki zjedzą, a wierzbie dostarczę bogatych środków odżywczych. Znowu umieram, bo mówię, że kocham. I tym razem nie ze wstydu, proszę pana. 






[ kwiecień 2016 ]
Komentarz odautorski: po raz pierwszy w stylizacji na język mówiony. Zainspirowałam się tekstem Stasiuka na zajęciach z poetyki i postanowiłam praktykować. To raczej jeden z tych tekstów, że wrzucam z sentymentu, a sama nie chcę czytać po raz kolejny.