Wśród ludzi cisza,
wśród ciszy szmer.
dlaczego?
Domowe zacisze jest
pełne niebezpiecznych fluidów, o których istnieniu nie mamy pojęcia. Szczególne
miejsce skupiania się tych małych
demonów to łóżko, a ulubioną porą dnia jest noc; lubią wszystkie pory roku,
lecz ukazują się tylko w sezonowych okresach smutku czy uporczywej melancholii,
zawracają głowę, popychają do mówienia o zjawiskach czy równie nieznośnych
uczuciach, drażniących emocjach – niczego to nie zmienia. Małe diabełki spadają
z nieba; z tego boskiego nieba, jakby przekleństwa wypłakiwane przez anioły.
Deszczowe noce czy mgliste poranki – najtrudniej jest wstać, iść, wziąć
prysznic. Ale jeszcze trudniej leżeć i rozmyślać nad niespełnionymi potrzebami,
planami; czas biegnie, ty w miejscu. Grawitacja o sto procent większa niż
zwykle, depresja uderza w skronie; boli, niestety. To ten czas, kiedy we krwi
znikąd pojawiają się promile wymyślonego alkoholu, a świat staje się areną
walki zminimalizowaną do rozmiarów salonu; walki pomiędzy czymś na kształt
moralnego kaca a egocentrycznym głosikiem powtarzającym w amoku „ja”.
Przychodzi ochota, aby spojrzeć na swoje wyczyniania z perspektywy chmury, z
oddali, by widzieć lepiej, dokładniej…
kto?
Jestem literacką poczwarką. Uwielbiam siedzieć i obserwować
ludzi, poznawać ich, zjadać jak ciastko ich charakterki, dzielić uczucia.
Wyciszam się, robię malutka w zgiełku, przypatruję najmniejszym zmianom, kocham
cudze oczy, które nadają niepowtarzalności i są bramą to poznania wnętrza. Nie
słyszę nic; „(…) myśl kłamie głosowi,/a głos myślom kłamie”. Liczą się oczy,
ręce, usta, wydające tylko szmery podczas objadania paznokci, strzelania palcami. Wszyscy mamy nerwice.
ja
Na co dzień, zewnętrznie, nie jestem wcale
osobą depresyjną, och, nie – od takich konkluzji trzymam bezpieczny dystans. Na
żywo – trochę dzikus, trochę tylko, ale kiedy zasiadam przed świecącym
ekranikiem z nosem wlepionym w plastik, odkrywam pokłady egoizmu i stany mocno
depresyjne. Czasem trzeba pozbyć się tej czerni; wydobyć biel i uśmiech.
Chociaż mamy krzywe buźki, zęby, skośne, chińskie oczka. Wiecie co? Nieważne.
Jesteśmy piękni i kij tymi, którzy sądzą inaczej.
Lubię gadać o sobie.
Lubię plotkować. Podróżować. Makaron z sosem pomidorowym. Szpinak. Krem z brokuł. Literaturę. Kawę pić
hektolitrami. Historię. Tworzyć. Bazgrać. Domowe melodie. SDM. Stare, polskie przeboje z banalnymi tekstami. Chirurgów. Psychologię. Mickiewicza. Leśmiana. Staffa. Tetmajera. Bodlera. Szymborską. Inność. Wierzę w
nadprzyrodzone moce. Boga. Metempsychozę. Ludzi. Dobroć. Duchy. Przyjaciół.
Siebie. W gruncie rzeczy jestem taką sobie poczwarką dopiero przystosowującą
się do trudnych, zimowych warunków życia.
Piszę prozę. Poezję. Kartki z pamiętnika. Nie wiem, po co. Próbuję to dopiero odkryć.
Obawiam się, że nigdy nie dorosnę do konkretnego charakteru. Cóż. Każdy tańczy
w swoim niebie. A tu jest moje takie malutkie axis mundi.
Piszę na pamiątkę dla
samej siebie. Piszę, bo lubię pisać. Mam pióro czasem lekkie, czasem betonowe.
Betonowe ze względu na pochłaniane strony romansideł oraz
bezinteresowną miłość do patosu, która zaaawsze daje się we znaki. A kiedy
ktoś mnie czyta, jestem goła i niewesoła.
20 l. Wrocław/ Wodzisław. 158 cm.
Kolorowe oczy, krzywe zęby, okulary.
Studentka filologii polskiej.