wtorek, 26 maja 2015

Bezsilna


            Życie to tylko notatki. Wyrwane z myśli fragmentaryczne kartki, słabo ze sobą powiązane. Przedstawiające byt jednostki. Malutkiej, słabej jednostki. Nikogo dla świata, nikogo. Cechują się różnorodną fabułą, częstą zmianą bohaterów drugoplanowych, kleksami rutyny na ważnych sprawach. Właśnie – rutyna. Monotonność, która swoją szarością tłumi znaczące coś chwile. One szybko wypadają z pamięci, chociaż kiedyś coś znaczyły.
            Rutyna, czy eliminowana tęsknota?
Stanąć twarzą w twarz z samym sobą – nic nie wymaga więcej odwagi. Zmierzanie się z własnym sumieniem to umieranie, aby odrodzić się z siłą, naprawiać błędy, lub, gdy nie ma już czasu – dać za wygraną. Poddać się. Nie wchodzić nieproszenie w życie innych jednostek.
            Czas. Kiedyś „aż”, dzisiaj tylko „zaledwie”.
            Kiedyś: „kochałam aż kilka miesięcy”. Dzisiaj „kochałam zaledwie dziesięć lat temu”.


            Jestem notorycznym zabójcą rzeczywistości. Zapomniałam, jak poprawnie definiować słowo „szczerość”, nie potrafiąc pogodzić go z byciem przesympatyczną dziewczynką kochaną przez innych. Mówią o prawdzie, chcąc kłamstw. Mówią o miłości, nienawidząc. Mówią o religii, nigdy nie wierząc. Mówią o przyjaźni, nigdy nie ufając.
            Siedzę teraz gdyby nigdy nic. Na rażącej amarantową barwą sofie. W prostych spodniach, bluzie. Wpatruję się w kolorowe obrazy ogromnego telewizora. Wysłuchuję śmiechu serialowych istot. Nieprawdziwych, tak odrobinkę. Spoglądam na zdjęcia kreatur podobnych do mnie. I do niego.
Jestem lustrem zniekształcającym prawdę. Odbiciem słów, które chcesz usłyszeć. Lalką w labiryncie stworzonym zanim jeszcze się urodziłam, marionetką zmierzającą bezustannie do klęski. Czy miła, czy zbuntowana, czy sarkastyczna – wciąż ta sama osoba, nieuniknienie dążąca do autodestrukcji.
Zapalam papierosa, nie rozchylając okna w małym pomieszczeniu. Może przy odrobinie szczęścia się uduszę. Zabieram pilot, pogłaśniając telewizor. Za wszelką cenę chcę tylko zagłuszyć ciszę, która wydziera na wierz moje jako tako, ledwo dychające „ja”. Zdychaj. Na dnie sumienia. Giń, suko.
Mówią o życiu, nigdy nie żyjąc.
A ja pośród nich.


Opieram głowę na kolanach, uparcie wpatrując się w dywan. Jakbym miała go poruszyć. Może nagle podbiję świat nieokiełzanym talentem do psychokinezy. Zostanę iluzjonistką, ucieknę stąd, zacznę żyć na nowo, z czystą kartą. Wszystko od początku. Ale żeby tak się stało, po tej drodze do raju musiałabym mocno walnąć się gdzieś głową. Najlepiej o jedną ze swoich porażek. Są tak twarde i wielkie, iż z pewnością stracę pamięć. I będzie dobrze. Dobrze jak nigdy.
Wyrzucam papieros, wracam do zajęcia, milknę. Za oknem burza, nie ma prądu. Nie ma telewizorka. Dywan się nie rusza. Więc nie ucieknę. Nic nie walczy z moją ciszą. Nie ucieknę – podwójnie, na domiar złego.
Plamy drzew, nieba, ludzi. Barwna maź zmieszanych, nielicznych elementów życia. Głosy, głosy z przeszłości, dziecinne uśmiechy, ktoś obok trąca ramieniem, dając o sobie znać. Ktoś podaje ciastko. Ktoś inny wygazowaną colę.
Aha, już ktoś się odzywa.
Próbuję się skupić. Uśmiech. Trzeba się uśmiechać. Nie wolno zapomnieć o uśmiechu. Bo inne dzieci nie będą cię lubić. Dzieci nie lubią ponuraków. Zapamiętaj. Uśmiech.
- Tak, Daria? – mówię słodkim, piskliwym głosem.
            - Chipsa? – koleżanka podaje mi paczkę wstrętnie śmierdzących śmieci. Wtedy jeszcze pachnącego przysmaku. Teraz zjem dwie paczki i dostanę w domu reprymendę za nieruszony obiad. Popiję colą i sokiem jabłkowym, i zechce mi się wymiotować. Ale nie zwymiotuję, ponieważ nie mogę robić sobie wstydu przy kolegach i koleżankach.
            Biorę chipsa, żuję, rozmawiam o nieistotnych rzeczach, obgaduję koleżanki, z którymi niedawno bawiłam się w berka. Ciamajdy potykające się o własne nogi. Ojej, kolejna koleżanka usłyszała, co mówiłam i poszła podkablować. Zagryzam wargę, do oczu napływają mi łzy. Ja tylko chciałam podtrzymać rozmowę. I żeby Daria mnie lubiła. Wszyscy muszą mnie lubić… prawda?
Prawda. Wszyscy. To najważniejsze.
Aż do czasu. Kłótnia, płacz, policzkowanie – fanaberie, z których, jak mi kiedyś mówiono, będę się śmiać. Mam czterdzieści dwa lata i nadal mnie nie śmieszą. Coś nie tak? Zawsze było coś nie tak. Ośmiolatka wzywana do pedagoga szkolnego za spoliczkowanie koleżanki, o której niekorzystnie mówiła na zielonej szkole. Zakaz wycieczek.
            - Nie mam pojęcia, skąd u Marty takie nawyki. Dobrze ją wychowujemy.
            - Mam skargi od nauczycieli.
            - Jakie znowu skargi?
            - Marta przeklina, nie słucha na lekcjach, nie potrafi odpowiadać na zadawane pytania, a ponadto ściąga na testach. To niemożliwe, aby jej praca była samodzielna, biorąc pod uwagę zachowanie. Jest młodą arogantką.
            - Marta pilnie się uczy. Sama ją uczę, więc wiem.
            Tak, tak, uśmiechajcie się, mając ochotę splunąć sobie w twarz. Uśmiech to podstawa! Bo nie będziecie koleżankami. Nie będziecie się lubić. A przecież chcecie się lubić, prawda?
            - Niech pani wybaczy, ale to niemożliwe. Niestety, muszę już iść na zastępstwo. Proszę zabrać córkę i poważnie z nią porozmawiać.
            Bez słowa zapewnienia czy zaprzeczenia, dumna kobieta wyszła, ciągnąc mnie za sobą.
            - Musisz się zmienić. Nie mam zamiaru wracać do rozmowy z tą babą. Marta? Słuchasz, jak do ciebie mówię?
            - Tak, mamo. Słucham.
            - Mam nadzieję. Więc sprawa zamknięta.
Ale sprawa nigdy nie była zamknięta. Powstrzymywałam cały czas swoje, zbyt ostre, jak na ten wiek słownictwo usłyszane w każdym miejscu na ziemi. Zapamiętywanie słów przychodziło mi nadzwyczaj łatwo. Nieważne, jak trudnych, jak dziwnych czy obcych, czy pochodzących z innej epoki, czy pochodzących z dialektu. Nieważne, ile ich znałam, i tak słyszałam jedno trudne słowo z czyichś ust na miliony kurw, skurwysynów i tym podobnych, niestosownych wyrażeń, które wszyscy dobrze znamy, których używamy na co dzień.
Powstrzymałam. Pamiętałam o uśmiechu. Pamiętałam o nauce. O kolekcjonowaniu przyjaciół. Wtedy czułam się popularna. Dzisiaj powiedziałabym „coś warta, próbująca sztucznie się dowartościować”. A o wartości człowieka nie świadczy ilość znajomych, ilość przekleństw, dzięki którym rozmowa z niżej postanowionymi istotami jakoś się lepi. I ilość tych mądrych słów, przez których używanie możemy zostać nazwani „kujonami”. Nigdy człowiekowi nie dogodzisz. Żadnemu. A jednak zawsze chciałam to robić, stając się gumą. Elastyczną osóbką wpasowującą się w gusta każdego, dopóki mi się nie nudziło.
Jestem egocentryczką. Albo bardziej byłam. Bodajże. Dlatego w wieku dziesięciu lat na okrągło mówiono mi, że mam martwić się tylko o innych. Więc zmieniłam się w bezinteresowną optymistkę. Nawet mniej przeklinałam. Jakiś czas. Gdy miałam dwanaście, psycholog stwierdził, że skoro ja nie mogę być w centrum swojego świata, to uparcie chcę w nim postawić jedną, jedyną osobę. I wciąż jej szukam. Początkowo jedna przyjaciółka, po trzech tygodniach druga, potem trzecia, aż w końcu trzydziesta czwarta do piętnastego roku życia. Po drodze kilka(naście) naiwnych, dziecinnych miłostek. Wszystko po to, aby się nie nudzić i jednocześnie nie marnować czasu na odpoczynek w poszukiwaniu mojego nowego centrum. Aż tak wiele jakiś stary dziad może powiedzieć o małym dziecku?
Tak biegłam, że przegapiłam je. Kiedy chciałam wrócić, było za późno.
Spotykasz tą jedną, jedyną osobę, która może być twoim centrum. Jesteście dziećmi, często się widzicie. Na tyle często, że nie wydaje ci się ważna, oryginalna, potrzebna, cudowna. Jest tylko kawałkiem codzienności i to nie za specjalnym. Mówicie „cześć” – początek i koniec konwersacji. Z czasem coś się dzieje. Inaczej wygląda. Ty, ona. Dłuższa rozmowa. Czujesz potrzebę rozmawiania jeszcze dziesięć minut. Dwadzieścia. Nim się oglądasz, mijają dwie godziny.
Staje się przyjacielem. Ale ja byłam mała i najwyraźniej sądziłam, że „przyjaciel” istnieje tylko w formie żeńskiej. Kiedy już jednak zrozumiałam, że jest moim przyjacielem, wówczas on chciał czegoś więcej. I więcej. I jeszcze więcej czasu. I zazdrość, gdy rozmawiam z kimś innym. I pomyślałam, że może być fajnie. Pozbyłam się mojego poprzedniego centrum i starałam się uczynić z przyjaciela owe centrum. Tym razem poważniej.
Centrum nie wyszło. Zmarnowane chwile, skończona przyjaźń, centrum przeminęło. Ile środków może mieć koło? Jedna rzecz ma jeden środek. Pokój ma jeden środek, chociaż jest w nim wiele rzeczy. Dom ma jakiś środek, chociaż ma z siedem pokoi. Miasto ma tysiące domów, a w nich pokoje, a w pokojach rzeczy, mające swe centra. Jestem więc państwem czy od razu całym światem? To dlatego, kiedy ma się już centrum na całe życie, mówi się do niego: „jesteś moim światem”? Brzmi lepiej niż „jesteś środkiem mojego biurka, a ta inna osoba jest środkiem mojego długopisu. Ale możesz być środkiem mojej doniczki. Jeżeli chcesz”.
Pretensje, ucieczki. Czy to nie dziwne, że cokolwiek się stanie, ja uciekam? Psychicznie. Fizyczność do któregoś momentu nie robiła na mnie wrażenia.
Biorę długopis, kartkę i piszę. Napiszę to wszystko. Może, kiedy przy odrobinie szczęścia zejdę z tego świata, ktoś to zabierze, zatopi się w tych pierdołach, odnajdując w tym sens, którego nie potrafię dostrzec. Może znajdzie się geniusz, potrafiący słowem opisać moją naturę. Słowem różnym od „zmienna”.
Urodziłam się jakiegoś piątkowego wieczoru, w jakimś szpitalu, przy jakichś lekarzach.
Nie mam pojęcia, co chcę przekazać. Czy zawsze trzeba zaczynać od początku? Nie trzeba. W pisaniu nie ma takich reguł, to nie harmonogram, rozprawka czy inne badziewie, na które z góry mamy narzucony przepis.
Dostałam zakaz wychodzenia poza margines. W dzieciństwie miałam być wesoła, uśmiechnięta, urocza. Mała, słodka Martusia. Potem była szkoła. Byłam zła. Mała, niegrzeczna Marta! A potem zuchwała, arogancka, ale przyjacielska, szczera. Nieznośna Marta. Zaczęłam się uczyć. Kujonka Marcia. Owijałam chłopaków wokół palca. Szmata Marta.
Dopóki nie poznałam samej siebie, nie skończyły się coraz to nowsze i nowsze, i jeszcze bardziej urażające mnie epitety. Czyli… czyli słyszę je aż do teraz. Dziewczyna Marta, narzeczona Marta, żona Marta, mama Marta, dziwna matka Marta, okropna matka Marta, kochana mamusia Marta.
Poczułam pieczenie pod powiekami. Naprawdę jeszcze potrafię płakać? Po tym wszystkim?
Wzruszam ramionami. Słyszę jedynie swój przyspieszony oddech, ciężki oddech wieloletniej palaczki, której płuca przypominają wnętrze osiemnastowiecznego komina. I jeszcze jeden dźwięk. Tarcia bosymi stopami o gruby dywan. Ech, okropny odgłos, ale nie potrafię przestać.
Miałam dobrych rodziców. Imiona nie są istotne. Każdy miał złożoną osobowość – może nie tak, jak ja, ale złożoną. Lecz mimo to u każdego możliwe jest wyodrębnienie poszczególnej cechy. Więc streszczę cały żywot swoich rodziców, ograniczę go do słów: „miałam dobrych rodziców. Ekscentryczną matkę i ojca pracoholika. Jej nie było, jego nie było. Ona zawsze miała dorywcze, okropne prace, a on jedną, stałą, niezmienną, rutynową. I nie wiem, co gorsze. Ich tryb życia, czy fakt, jak bardzo się nie dobrali. Przy poznaniu uzbrojeni jedynie w klapki na oczach.”
Może dlatego ja uzbrojona jestem w kogoś innego od siebie. Aby jakoś walczyć. Oni poddali się na początku, znajdując miliony zajęć różnych od spędzania ze sobą czasu, od rozmawiania, od kochania mnie.
Ale miałam dobrych rodziców. Mój status materialny był nadzwyczaj wysoki. Miałam wszystko. Wszystko prócz tego, co najważniejsze.
Po nieudanym osadzeniu kogoś w centrum własnego świata, po utracie trzydziestej czwartej przyjaciółki i jednego, jedynego przyjaciela, postanowiłam zamknąć się w sobie. To było w pełni zdecydowane posunięcie, lecz nie trwało długo – proporcjonalnie do zmian swych zdań. Obserwowałam domowy chłód wyjątkowo kontrastujący z gniewem w środku siebie, z umieraniem w sobie, ukrywaniem strachu. Płonęłam. A czym więcej, czym bardziej ktoś pragnął wyjąć płomyk z mego wnętrza, odstraszałam lodową pokrywą. Kontrolowałam niekontrolowany wybuch przez jakiś czas.
Pewnego razu zachwiała się moja pewność siebie. Przy kimś, kiedyś, gdzieś.
Nie był nadzwyczajny. Średni wzrost, niebieskie oczy jak u większości populacji w Polsce. Zwyczajne usta, wąska sylwetka, nieźle umięśniony – taki obraz zarysowywał się w oczach rodziny, znajomych, nauczycieli w naszej szkole.
Nadzwyczajny chłopak o błękitnym spojrzeniu ogromnych kryształów, które, nawiasem mówiąc, w sposób przerażający lubiły mnie dokładnie lustrować, nie starając się o wydobycie ognia. Ponadto mały nosek wystrojony w brązowawe kropki, lekko zaróżowiałe policzki, usta, które wydobywały z moich westchnięcie, podczas gdy muskał je w obawie, że ktoś zauważy. Umięśniona sylwetka z roku na rok coraz bardziej męska, pociągająca, piękna. Jego oczy odbijały mój chłód, jego brzuch sześciopaki piw pitych z kolegami za szkołą, co niegdyś miało być buntem. Był przeciwieństwem, odbijającym moją niedoskonałość.
Może być ktoś. Ktokolwiek. Gdziekolwiek. Kiedykolwiek. Jesteśmy zauroczeni i brniemy, brniemy bardziej, mocniej, intensywniej. Brniemy w to nietrwałe uczucie, jakby było czymś najważniejszym, nie do opisania. A kończy się tak szybko, jak się zaczęło. Inaczej jest wówczas, kiedy z kimś dorastasz. Widzisz zmiany, które zachodzą zarówno w aparycji, jak i w usposobieniu. Wesołe, poważne, nużące, znów wesołe. Przytłaczające, niezbędne, przytłaczająco najważniejsze: chronologia, rzecz jasna, zachowana.
Dwóch piętnastolatków. Spacery. Ukradkowo skradzione pocałunki, odchodzące w zapomnienie przy znajomych. Dojrzewająca miłość bądź też dziecinna fanaberia. Młodzi, niedoświadczeni, ale w czym to przeszkadza? Problemu nie widać, kiedy jest widoczny. Siadasz w pierwszej ławce i ściągasz, bo nauczyciel wie, że w przodu siadają najlepiej przygotowani. Najciemniej jest zawsze pod latarnią.
No, ale do rzeczy. Kilka miesięcy, rozstanie. Zbyt młodzi. Ja znów kolejnego i kolejnego, i może dziesiątego, czy dwunastego, nie pamiętam imion, dat. Pamiętam tylko spadające liście w momencie, kiedy pierwszy raz się całowaliśmy. I liście te widzę za każdym razem z kimś innym. Kimkolwiek, kiedykolwiek, gdziekolwiek. Nieważne (?).
I mijają miesiące, rok, dwa. Powrót. Po kryjomu. Nikt nie wie, nikt się  nie dowie, nikt nie zaingeruje, to tylko i wyłącznie nasza sprawa, nasz mały sekret. Tajemnicą jest to, co robimy, co czujemy, czego chcemy. Nie mówimy głośno. Odtworzony pocałunek, nie jak kiedyś. Dorośliśmy. Tak? Nie, nadal jesteśmy dziećmi, nadal czujemy równie mocno, chociaż może mniej? Ponoć dzieci czują bardziej, niewinniej. Lecz my się starzejemy, okazuje się, że młodzież w tym wieku ma swoje prawa, swoje zachcianki, pojawia się pożądanie, zauważanie od strony seksualnej.
W tym momencie chciałam się zmienić. Stać się lepsza. Dziecinna. Pragnęłam powrócić do książkowych czy filmowych momentów, odnaleźć dziecinne szczęście. I wiecie co? Nie potrafiłam go odnaleźć. Zawsze chciałam być dorosła. Kiedy to nadchodziło, chciałam na wstecznym wracać do czegoś, czego nie było, czego nigdy nie zaznałam. Opiekowałam się sama sobą, wychowywałam się sama i nie wiedziałam, co to ulubiona zabawka. Tylko czym jest uśmiech, obłuda, policzkowanie koleżanek i Scheiße, fuck, a nawet putain.
Mogę mówić o ładnych kwiatkach, czystej wodzie, chmurkach w kształcie serduszek. Mogę zdrabniać każdy rzeczownik, przymiotnik, ale to nie czyni ze mnie dziecka. Mogę postrzegać nadzwyczaj normalne rzeczy czy zjawiska inaczej od innych, bardziej czysto, starać się spoglądać niedoświadczonymi oczyma, ale w środku ciągle jestem dorosłą osobą, nigdy nie będącą dzieckiem. Moja dusza ma siwe włosy i brodę jak dziadek mróz.
Mogę robić to wszystko zarówno jak (nie)prawdziwe dziecko albo jak doświadczona kobieta. Ale wiecznie komuś nie pasuje. Że niby udaję. Staram się. Czy starania to udawanie? Co robiłabym będąc sobą? To samo, ale bardziej skomplikowanie, bez wyjaśnienia, mogłabym ewentualnie jeszcze dodać coś głupiego, klnąc.
Nienawidzę, kiedy ktoś zarzuca mi, iż nie jestem sobą.
            Coś się dzieje. Pierwsze za dużo się dzieje. Potem za mało. Potem znów za dużo. A na koniec nic. I to właśnie ten koniec: cisza, spokój i samotność. Ten koniec, który przeżywam od ponad dwudziestu lat. Ten koniec, nie znający granicy, ten koniec, który dziennie zatacza pętlę wokół mojej szyi, nie chcąc jej zacisnąć i kopnąć w cienką linię, podłoże kłamstw, na którym stoję.
Chciałam kogoś, kto zrozumie, co widzę na nocnym niebie, co widzę w kształtach białych obłoków, co myślę, kiedy pogrążam się w melancholii. Chciałam księcia na białym rumaku, nie zauważając, że mam swojego rycerza tuż obok, gotowego do pomocy, aby wyrwać mnie z ruiny, w którą kochałam się pakować. Kocham nadal.
Wspomniałam na białą pościel. Jedno wspomnienie, jedne z nielicznych, które naprawdę trudno jest mi wyeliminować, wyrzucić z pamięci. Idealnie zaplanowany dzień. Zenit mojej chęci do stania się lepszą, kochaną. Jak najdłużej, najmocniej. Nie wyobrażałam sobie niczego, aby później się nie rozczarować. Chłodne powietrze, gorące, w porównaniu do mojego, ciało ukochanej osoby. Zawsze ciepłej, zawsze kochanej, najlepszej, najmocniejszego dla mnie narkotyku. Nie mogło być lepiej – nawet w moim umyśle, gdybym wszystko miała rozplanowane i byłoby pod moją kontrolą.
Nagle rozstanie. Nie wiem, co później się ze mną działo, przez ostatni rok liceum. Zdałam. Matura jakoś poszła. Gorzej niż sądziłam, ale udało się awaryjnie dostać tam, gdzie pragnęłam. Tam, gdzie chciałam. Kiedyś tam…
Papierosy, alkohol, narkotyki, studia, imprezy, chłopaki. Dużo chłopaków. Dużo kawy. Nieprzespane noce, w ciągu których próbowałam uczyć się na kolokwia, sesje. Zaliczać. Oblać. Odespać. Imprezować. Kuć. Zaliczać. Oblać… błędne koło następnych kilku lat.
A mówili mi, nie poddawaj się. Chciałaś być lepsza. Kto mi mówił? Teraz nie pamiętam. Chyba tylko pod wpływem alkoholu mogłam być lepsza. Taka, jak kiedyś pragnęłam. Szczera, czysta, a jednak skażona własnymi błędami, przejawiającymi się w prochach popijanych wódką z cytryną i lodem.
Takim lodem, jakim zdawały się być jego nierzeczywiste już oczy. Wspomnienie poprzedniego życia.
Studia, praca. I znalazł się mój książę.
Miał równie błękitne spojrzenie. Dobre. Przywodzące na myśl białą pościel, spacery, oddech zimnego wiatru, gorące dłonie, zrywane u sąsiada kwiatki, skradzione truskawki, młodość.
Książę na białym rumaku. Książę, który kochał i nie zapomniał, jak kochać. Nie zapomina ciągle, a ja dziennie, jak błędny rycerz, bo z pewnością nie księżniczka, budzę się obok tego ideału. Ideału nie dla mnie. Mój ideał walczył DLA MNIE. On nie musi walczyć, książęta nie brudzą sobie rąk, grają nieczysto. On MA MNIE. Nieważne jaką mnie.
Jestem kolorowa. Jasna. Więc jestem szczęśliwa. I będę. On powiedział, że jesteśmy szczęśliwi.
Jest kilka rzeczy, których w życiu nie zrobię. Nie będę pieprzyć kanapki z pomidorem, nie wypiję wódki z czyjegoś pępka i nie powiem mężowi, że chcę rozwodu, ani dzieciom, że są odbiciem moich wszystkich niedoskonałości i błędów. Tak jak był kiedyś on, ale ja teraz nie chcę być lepsza. To działa w odwrotny sposób.
Teraz chcę być tylko piękna, nie robić im wstydu, chcę na spokojnie i w tajemnicy chodzić na spotkania z psychologiem, jak kiedyś wybierałam się na spacery, chcę przeklinać w ciszy czterech ścian tak ukradkowo, jak kiedyś ukradkiem oddawałam pocałunki, chcę umierać co dzień tak samo, jak zasypiałam w jego ramionach.
Jestem tak jaskrawoniedoskonała, jestem tak irytującą kłamczuchą, jestem tak arogancko sympatyczną osobą, że można mnie wręcz błędnie utożsamić z ideałem.
Nie zostaje nic innego, jak żyć dalej. Z tym wszystkim. Z tym bagażem emocjonalnym. Nigdzie nie lecę, nie muszę za niego dodatkowo płacić – opłaty lotniskowe nie przewidują podręcznej torebki z kilogramami złości, tonami kłamstw, litrami obłudy. Pozdrawiam z miejsc wszystkich z obsługi – wasz samolot spadłby na ziemię, gdybym frunęła nim na wakacje. Nic innego. Żyć.
            A może wcale nie jest tak źle?
            Kominek, ogień, moje żale.
            Mam czterdzieści dwa lata i jestem uzależniona od papierosów – to, na szczęście, jedyny nałóg, jaki mi pozostał. Rzuciłam narkotyki, rzuciłam alkohol, piję okazyjnie- wyznania na miarę spotkania AA. Mam rodzinę, która sądzi sama o sobie, że jest szczęśliwa. Piękne dzieci uwielbiające brudzić, uczą się kiepsko, więc posyłam ich na korepetycje. Dobra ze mnie matka. Mam kochającego męża. Kota. Myszy w ogródku. I jeden problem – siebie.
            Każdy ma prawo być bezsilnym, wspominać, narzekać. Każdy ma prawo, aby być w pełni.